Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isana. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 lipca 2016

Moje zużycia 6 tygodni.



Magisterka oddana, czekam w stresie na obronę. Przyszedł czas na wyrzucenie śmieci, co na blogu oznacza denko. Produktów jednak jest tyle, że podzieliłam je na pół. Dzisiaj przychodzę z pierwszą częścią, czyli od ostatniego denka - od połowy kwietnia do końca maja, następne będzie z ostatnich dni maja i czerwca.
Dziś postaram się tak krótko, jak tylko się da, by te denka nie męczyły zarówno mnie, jak i odbiorców.


Standardowo zacznę od produktów kąpielowych. 
Kąpiel solankową z Apteczki Babuni możecie znać z poprzedniego wpisu, gdzie wypowiadałam się o niej w samych superlatywach, głównie ze względu na zapach.
Dwa żele Palmolive służyły mi głównie do uzupełniania mydła do mycia rąk. Oba były tanie i ciekawie pachniały, mleko i miód uwielbiam zimą, teraz nieco mnie męczy, natomiast ten mniejszy jest genialny!
Widzicie też moją ulubioną wersję żelu Le petit Marseiliais, nie jest on bardzo gęsty, dlatego duża butla wystarczyła mi na około 3 tygodnie. Każdy z powyższych jest godny uwagi, spełnia swoje zadanie.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Denko marca i połowy kwietnia | L'oreal, Caudalie, Sylveco i inne

Czas na kolejny projekt denko. Zapraszam!


Niedawno podsumowałam te wszystkie zimowe żele w jednym poście. Wszystkie polubiłam ze względu na zapach i niską cenę. Isanę nawet tak bardzo, że zużyłam również mydełko do rąk.

czwartek, 7 kwietnia 2016

Zimowe żele pod prysznic- podsumowanie sezonu

Jesteśmy już po Wielkanocy, dziś przepięknie świeci słońce i  czuć w powietrzu wiosnę. Mam jednak nadzieję, że nie zepsuję aury tym postem. Chcę podsumować trzy żele, z limitowanych kolekcji zimowych, zanim trafią do marcowego denka. Rzadko robię osobne posty o żelach pod prysznic, ale te są godne uwagi i jeśli marki będą łaskawe, warte powrotu za kilka miesięcy.
Czytajcie dalej, o trzech zimowych produktach do kąpieli,  które polubiłam.

niedziela, 13 marca 2016

Zużycia lutego w minirecenzjach :)

Jak co miesiąc, zapraszam na przeprawę przez moje zużycia ubiegłego miesiąca. Mimo, że luty najkrótszy w roku, opakowań jest sporo. Przestało mnie to dziwić, bo na tym blogu jeszcze nigdy nie było małego denka. Jednak dążę do tego, by używać mniej kosmetyków, a co za tym idzie mniej śmieci produkować. Póki co, cieszę się, że zmniejsza się ilość moich zapasów. Co by nie przedłużać- kto chce, zapraszam dalej!


Wiecie, że do kąpielowych produktów Isany wracam regularnie. Zwykle są to żele pod prysznic, ale płyny do kąpieli w niskiej cenie, robiące dużo piany, to również to, co bardzo lubię. Pierwszy raz za to miałam do czynienia z solami do kąpieli. Pachną bardzo intensywnie, mi saszetka wystarczyła na dwa razy, a i tak zapach roznosił się w całej łazience. Ponad to barwią wodą i delikatnie nawilżają skórę. Warto wypróbować. Oba zapachy były przyjemne.

piątek, 26 lutego 2016

Dwa śmierdzioszki, które ratują skórę.


Lubię dobre perfumy, tanie odpowiedniki zawsze śmierdziały mi alkoholem i wolałam nie używać ich wcale, niż kupować tanie podróbki. Jednak w przypadku kosmetyków drogeryjnych: płynów czy żeli pod prysznic, nie jestem wybredna. Podoba mi się większość zapachów. Czasami mam ochotę na cytrusowe, czasami na kwiatowe, zawsze wracam do kremowego zapachu żeli Dove... ale generalnie mogę kupować w ciemno i z większą lub mniejszą przyjemnością zużyję buteleczkę. Kiedy zaczęłam używać naturalnych produktów, czasami brakowało mi dobrego zapachu, ale nie krzywiłam się ani przy czarnym mydle, ani przy bezzapachowych kremach. 
Schody zaczęły się, gdy postanowiłam wypróbować olejki do kąpieli. Dziś będę narzekać (ale tylko i wyłącznie na zapach), ale przede wszystkim polecać genialne produkty, w dwóch wersjach: budżetowej i tej nieco droższej. Dowiecie się, czy warto wydać kilka złotych więcej, czy można sięgnąć po najtańszą na rynku Isanę oraz w ogóle kiedy i po co sięgnąć po olejki. Mam nadzieję, że Was zainteresowałam i chętnie przejdziecie do dalszej części wpisu.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

DENKO | ESTEE LAUDER, ARTDECO, DOVE, SYLVECO, EOS

Nie planowałam osobnego posta z listopadowym denkiem, bo opakowań jest stosunkowo niewiele. Jednak grudniowa torba zaczęła mi się zapełniać w trybie tak ekspresowym, że zrobiłam na szybko zdjęcia listopadowych zużyć i publikuję je właśnie dziś. Zapraszam na garść minirecenzji.

Tym razem zaczniemy od kolorówki, bo mam tu kilka ciekawych zużyć. 

Skończyłam maskarę Estee lauder Sumptous Infinite, która dodaje objętości rzęsom. Delikatnie je wydłuża i mocno pogrubia. Zwykle szukałam tych wydłużających tuszy, ale albo był to błąd, albo znalazłam godną swojej ceny maskarę. Tę miniaturkę dorwałam kiedyś podczas zakupów w Sephorze, na szczęście w listopadzie była również dostępna w perfumerii Douglas, w komplecie z czarną kredką, więc mam zapas :) W ogóle polecam kupowanie miniatur luksusowych tuszy, bo jest to bardziej opłacalne niż zakup pełnowymiarowego opakowania. 

Drugim produktem jest baza pod cienie Artdeco, która u mnie sprawdza się wyśmienicie. Jedynie żałuję, że nie wyrównuje kolorytu powieki. Nie da się jej chyba zużyć w całości, szczególnie, że po pewnym czasie gęstnieje, staje się gumiasta i jej używanie nie jest przyjemne. Pewnie jeszcze bym jej używała, ale podobnie skorzystałam z oferty miesiąca w Douglasie i wymieniłam na lepszy model :)

Od jakiegoś czasu testuję również miniatury trzech kroków Clinique. Do zakupów dostałam też próbki innych produktów. Używam większego opakowania DDMG, ale jakoś mnie do siebie nie przekonuje. Bardziej przemawia do mnie DDML, który widzicie na zdjęciu, jako serum pod krem. Najlepiej sprawdził się jednak krem. Mimo wszystko, chyba nie skuszę się na zakup pełnowymiarowych butelek.

Ostatnia na zdjęciu jest gąbeczka do nakładania podkładu Ebelin z drogerii DM. Był to pierwszy tego typu produkt u mnie i przez nią nie polubiłam tego sposobu aplikacji. Była twarda, chłonęła sporo podkładu, ale jak już chciało mi się nią bawić, efekt był zadowalający. Ciężko było ją domyć i na zdjęciu widzicie, że jest już mocno brudna, a używałam jej stosunkowo rzadko. Na szczęście jest niedroga, więc każdy może ją wypróbować na własnej skórze.  

sobota, 7 listopada 2015

Denko października - m.in. Sylveco, Lush, MAC, Fitomed, Isana.


Po kilku naprawdę intensywnych dniach przychodzę do Was z denkiem października. Jeśli jesteście ciekawe, jakie zdanie mam o widocznych wyżej kosmetykach, zapraszam do czytania !

Wprowadziłam następujące oznaczenia przy nazwie produktów:
kolorem zielonym oznaczyłam kosmetyki, po które sięgnę ponownie,
kolorem żółtym typowe średniaki, do których może kiedyś wrócę,
kolorem czerwonym produkty, które się u mnie nie sprawdziły.

piątek, 3 kwietnia 2015

DENKO GIGANT | # 3/2015


Kiedy mój chłopak zobaczył pełną torbę pustych kosmetyków i dowiedział się, że to wszystko skończyłam w jednym miesiącu, stwierdził, że to więcej niż jego roczny przerób, nawet, jeśli by włączyć w to pastę do zębów i butów. Hahaha :D
Zapraszam Was na przegląd zużytych kosmetyków i tak, wszystkie, które dziś zobaczycie zdenkowałam w minionym miesiącu.

poniedziałek, 9 marca 2015

KOSMETYKI KĄPIELOWE | Co jest w moim pojemniku na wannie?


Bywa, że kąpiel to najprzyjemniejsza część stresującego dnia. Używane kosmetyki umilają nam ten czas. Dzisiaj chciałabym Wam pokazać, co stoi u mnie na wannie, czyli czego aktualnie używam, ponieważ tego typu produkty zwykle nie są na tyle ciekawe, by pokazywać je w osobnych postach.

Jak widać na pierwszym zdjęciu, większość produktów stoi u mnie w białym pojemniku z Ikei. Podoba mi się takie rozwiązanie, bo mam wrażenie, że panuje wtedy większy porządek, niż gdy wszystko jest porozstawiane. Na ostatnim zdjęciu zobaczycie jednak to, co ma za duże gabaryty i się do niego nie zmieściło.

piątek, 30 stycznia 2015

Co nowego w drogeriach?


Wczoraj pokazywałam Wam kosmetyki, zakupione podczas pobytu w Pradze. Niestety, jeśli będziecie chcieli zaopatrzyć się w nie w Polsce, możecie mieć problemy. Na pocieszenie przychodzę z przeglądem nowości, które od stycznia do marca będą pojawiać się w drogeriach. Jest tego naprawdę sporo, więc wybrałam te kosmetyki, które szczególnie mnie zaciekawiły. Zdjęcia poszczególnych produktów pochodzą ze strony www.rossnet.pl

środa, 14 stycznia 2015

Ostatnie denko 2014 roku, edycja #8 / 2014, grudzień :)


Zapraszam Was na ostatnią porcję kosmetyków, zużytych przeze mnie w 2014 roku. Poszło mi nieco gorzej niż w listopadzie, ale myślę, że i tak mogę być z siebie dumna:)

sobota, 10 stycznia 2015

Ja to zawsze jestem spóźniona- denko listopada # 7 / 2014



Ja naprawdę nie mam zamiaru przestać pisać! Ba, mam tyle pomysłów na nowe posty, że hej. Tylko zwyczajnie nie ma kiedy. Moja uczelnia umie zadbać o brak czasu:) Jednak wracam, mam nadzieję, że w tym roku będzie mnie więcej, a posty będą pojawiać się częściej. Szczególnie, że mój C. w ramach Mikołajkowego prezentu, stworzył dla mnie domenę! :D Więc prawdopodobnie, już niedługo, jak tylko dopracuję szablon, zobaczycie mnie pod innym, podobnym, adresem:) Tymczasem wracam z zaległymi postami, a że wypada zacząć od porządków, zapraszam na listopadowe denko. U mnie, jak zwykle, obficie;)

wtorek, 7 października 2014

Wakacyjne denko-lipiec i sierpień / #5 / 2014

Choć wiedziałam, że wrócę do blogowania, ciężko zacząć po tak długiej przerwie. Nie wiem kiedy minęły mi ostatnie miesiące. Wakacje przepracowałam, było ciężko, długo i bez chwili dla siebie. Więcej nie zdecyduję się na pracę na dwa etaty:) 
Nie ma co przedłużać i się żalić, trzeba wziąć się za nadrabianie zaległości. Dziś na szybko wakacyjne denko, a niedługo potem (mam nadzieję) pojawi się cała masa recenzji.



Po ilości zużytych żeli pod prysznic można wnioskować, że w wakacje nic nie robiłam, poza myciem. Rekordowe upały lipca sprawiły, że faktycznie dwa prysznice dziennie momentami nie wystarczały.
Jak widać przeważa Isana, polubiłam je stosunkowo niedawno, dzięki melonowej wersji. Teraz testuję kolejne. Są lepsze i gorsze, ale można znaleźć naprawdę przyjemne zapachy. Nie są szczególnie gęste, ani wydajne, ale za 2,50 nie znajdziemy nic lepszego. Jeśli jeszcze ich nie próbowaliście, zachęcam. Alpen Gluck to wakacyjna edycja limitowana, która miała rewelacyjny zapach w opakowaniu, niestety w magiczny sposób, przestał mi odpowiadać podczas używania. Mleko i miód jako jedyny z powyższych ma kremową formułę, reszta jest żelowa. 

Różany Yves Rocher to mój prezent urodzinowy od marki...i całe szczęście, bo byłyby to najgorzej wydane 22 złote w życiu. Poza naprawdę ładną butelką, idealną na wyjazdy, niczym nie różni się od Isany. W dodatku zapach róży bardzo mnie rozczarował. Nigdy więcej.

Prawdziwą perełką jest zaś Palmolive o zapachu różano-konwaliowym. Dwa ulubione kwiaty i to jeszcze w połączeniu. Konwalia wybija się jako główna nuta zapachowa, róża wyczuwalna jest po chwili. Problem jest to, że nigdzie nie mogę go dostać. Niby seria ta jest dostępna w każdej drogerii (wąchałam też inne zapachy i warto), ale tego już nigdzie nie widziałam. Jak znajdę, na pewno zrobię zapas.


Pozostając w kąpielowym temacie prezentuję butelkę zużytego płynu do kąpieli dla dzieci.To mój pierwszy płyn, który nie tylko wytwarza górę piany, ale jego piękny wiśniowy zapach utrzymywał się przez całą kąpiel. Warto dodać, że był bardzo wydajny, wystarczyły dwie nakrętki na wannę. Jedynym minusem jest brak dostępności w Polsce, ja kupiłam w sklepie z chemią niemiecką. 


Jeśli chodzi o szampony, to w wakacje naprzemiennie używałam dwóch. 
Pharmaceris, to mój faworyt, szampon powszechnie znany i lubiany w blogosferze. Ma teoretycznie wzmacniać włosy. Ciężko mi to ocenić, wysypu baby hair nie zauważyłam ale nie wymagam tego od szamponu, więc nie przeszkadza mi to. Jest bardzo wydajny, wystarczy mała ilość, aby go dobrze spienić (zasługa SLS), a włosy po jego użyciu, (nawet bez odżywki), są puszyste, lśniące i sypkie. Nie obciążał, nie wpływał na przyspieszone przetłuszczanie włosów, wręcz mogłam dłużej cieszyć się nienaganną fryzurą.

Druga butelka to Balea, wersja wiśniowa. To moje pierwsze spotkanie z tą niedostępną z Polsce marką. Kupiony również w sklepie z chemią niemiecką. Zapłaciłam za niego 7 złotych, niby niewiele, a to i tak dwa razy więcej niż płacimy za granicą. Zapach fenomenalny, działanie standardowe. Jest rzadki, przez co mało wydajny, ale robi wszystko to, co zwykły szampon. Szału nie robi, ale ze względu na zapach i cenę, przy jakiejś wizycie za granicą (najszybciej to chyba Praga na Sylwesta) prawdopodobnie się skuszę.


Mydło do rąk, także z Balea. Fenomenalny, nektarynkowy zapach, naprawdę intensywny. Działanie- jak każde inne mydło do rąk. Chętnie wypróbuję inne zapachy, cieszę się, ze są dostępne także w formie uzupełnień.


Raz na jakiś czas, szczególnie przed depilacją, peelinguję ciało. Zużyłam pięknie pachnącą, winogronową Bielendę, natomiast w opakowaniu po maśle tej samej marki, zrobiłam sobie samodzielnie peeling cukrowy. Dla leniwych polecam Bielendę - odpowiedniej wielkości kryształy, które rozpuszczają się dopiero po chwili, piękny zapach i niska cena- kupiłam go w Biedronce. Natomiast, jeśli macie więcej czasu, polecam zrobienie czegoś samemu. Taniej i przyjemniej, w dodatku do wykonania wystarczą produkty, które mamy w kuchni. Ja do swojego dodałam naturalnych olei ( m. in. kokosowy i ze słodkich migdałów ), dzięki czemu nie musiałam po kąpieli używać balsamu. 
  

Lubię polskie marki, dlatego tym razem kupując płyn do higieny intymnej zdecydowałam się na Green Pharmacy. Na drugim miejscu mamy w skłałdzie SLS, więc nie jest to produkt naturalny ale przynajmniej mamy tam także wyciągi roślinne, alantoinę, pantenol i brak parabenów. Fajna, duża butla z pompką, szata graficzna przypomina stare opakowania z łazienki babci.  


W ostatnim denku zapomniałam wspomnieć, że zużyłam puder do kąpieli o zapachu malinowym z Organique. Dla fanek moczenia się w wannie, będzie to produkt idelany, niedługo pojawi się jego recenzja. Niestety jest dość drogi. 
Dlatego, kiedy zobaczyłam, że pudry dostępne są w sklepie agness, o którym pisałam tutaj, wrzuciłam do koszyka na wypróbowanie. Niestety ten nie zrobił na mnie wrażenia, w ogóle nie zrobił nic. Ten z kozim mlekiem, ponieważ był biały, nawet nie zabarwił wody, o nawilżaniu nie wspomnę. Jedyne co przypominało mi, że czegoś do wanny nasypałam to kilka pływających płatków nagietka. Jednak czasami nie warto oszczędzać.


Na balsamowanie ciała praktycznie nie miałam czasu, natomiast nie zapominałam o nawilżaniu dłoni i stóp. 
Do stóp zużyłam krem marki FussWohl z 10% zawartością mocznika. Jest tani, łatwo dostępny i naprawdę działa niesamowicie, jest godny polecania.

Do rąk natomiast trzy pozycje. W końcu udało mi się skończyć kokosową Ziaję. Wiem, że zapach ten ma wielu zwolenników, sama do nich kiedyś należałam, natomiast jakiś czas temu zaczął mnie po prostu drażnić. Jest mocny, dość chemiczny i długo utrzymuje się na skórze. Nie wygodny był też dla mnie sposób aplikacji, ciężko wydobyć produkt z twardego opakowania. Sam krem zaś dość szybko się wchłania, nawilża przeciętnie, aplikację trzeba ponowić kilka razy w ciągu dnia. Ziaja ma swoje perełki, które uwielbiam, ten produkt jednak nie przypadł mi do gustu.

Tańszym, większym i lepszym kremem jest Bebeauty w wersji regenerującej. Rzadko sięgam po kosmetyki ze sklepów spożywczych, jednak czytałam o nim tyle dobrego, że się skusiłam i nie żałuję. Zasłużył na miano ulubieńca, będę do niego wracać. W przeciwieństwie do poprzednika zapach bardzo mi się spodobał. Dobrze nawilża, szybko się wchłania, myślę, że sprawdzi się także jesienią. Na plus także to, że jest produkowany przez naszą polską Tołpę. 

Ostatnia pozycja to miniaturka kremu z 20 % masła Shea od L'Occitane. Za 30 ml trzeba zapłacić 30 zł, za 150 ml 95zł, więc jest to zdecydowanie najdroższy krem do rąk, jakiego używałam, ale i  jeden z najlepszych. Czy jest warty swojej ceny? Uważam, że nie. Niedługo pojawi się obszerniejsza recenzja.  



Latem przerzuciłam się na dezodoranty w sprayu. Wróciłam do nich po kilku latach i ... chyba na razie nie zmienię tej formy zabezpieczenia przed nieprzyjemnym zapachem. Niektórzy narzekają, że spraye słabo chronią, ja nie mam problemu z potliwością i na moje potrzeby są wystarczające. W dodatku nie trzeba czekać aż się wchłoną, tylko od razu wciągam koszulkę i jestem gotowa do wyjścia. Co za wygoda!
Jeśli chodzi o ochronę, nie widziałam różnicy w ich działaniu, natomiast używałam dwóch na przemian, ponieważ Dove ma tak intensywny zapach, że mimo iż bardzo go lubię, nie byłam w stanie regularnie używać. Nie polecam rozpylania w małej łazience bez okna. Nivea była już delikatniejsza, odświeżająca, idealna na lato.


Wiecie, że chciałam zmniejszyć ilość zużywanych żeli pod prysznic, na rzecz mydeł, stąd kostka Dove. Niestety brak czasu i wygoda sprawiły, że przegrałam tę bitwę. Kostka wciąż leży w łazience, nie będę trzymać kartonika, więc pokazuję. 

Płyn micelarny od Siquens, hmm. Lubię go, podoba mi się jego szata graficzna, więc nie chce wydawać mu krzywdzącej opinii. Jest dobry, radzi sobie z makijażem, nie podrażnia oczu, choć kilka razy pod koniec butelki poczułam lekkie szczypanie. Jednak ostatnimi czasy firmy zaczęły się prześcigać w tworzeniu nowych miceli i ten po prostu stał się... przeciętnym. A jego cena, zwłaszcza bez promocji, nie zachęca. Z tych powodów, prawdopodobnie już po niego nie sięgnę. 


Dlaczego tak późno zdecydowałam się na zakup korektora do lakieru? To takie wygodne! Mimo iż jest to dość drogi gadget, bo kosztuje około 15 złotych, a starcza tylko na kilka razy, to i tak warto wypróbować. Myślę, że jeszcze produktu w opakowaniu zostało, natomiast skończyły mi się końcówki. W sumie dostajemy 4, ale używając ciemnych lakierów, szybko trzeba je zmieniać. Inaczej, zamiast pomóc nam skorygować minimalne wyjechania, sprawi, że będziemy musiały malować paznokcie od nowa.

Serię lakierów Astor Lacque DeLuxe polecam wszystkim. Miałam już kilka kolorów i ze wszystkich byłam zadowolona. W koszu ląduje piękna, malinową czerwień w odcieniu Plum nectar.


Choć w wakacje praktycznie się nie malowałam, coś jednak z kolorówki udało mi się zużyć. Są to dwa tusze do rzęs. 
Osławiona już curling Pump up mascara od Lovely, której wygląd na rzęsach pokazywałam tutaj. Szczerze mówiąc użyłam go zaledwie parę razy, bo miałam otwartych kilka tuszy. Na rzęsach wygląda ładnie, naturalnie, nie skleja ich (o ile ujarzmimy szczoteczkę, która dla mnie nie jest  zbyt wygodna.) Niestety wysycha bardzo szybko, nawet jeśli nie jest regularnie otwierany, tylko został otwarty raz, a potem stał na półce. Jednak za 9 zł to naprawdę godny uwagi produkt. 

Drugi to mój stary ulubieniec od Rimmel- Lash Accelerator. Lubiłam go za małą szczoteczkę i mocno czarny kolor. To chyba 3 zużyte opakowanie i niestety ostatnie. Był jednym z pierwszych używanych przeze mnie tuszy i skoro się sprawdził to kupowałam kolejne opakowania. Kiedy odważyłam się sięgnąć po inne, okazało się że są fajniejsze i znalazłam swoich ulubieńców w tej kategorii.


I to tyle, trzymajcie kciuki, żebym wróciła do regularnego blogowania.
Jesteście jeszcze ze mną?
Dajcie znać co u Was!

Pozdrawiam,
Milka;))

środa, 9 lipca 2014

Czerwcowe denko # 4/2014


Wracam po dłuższej nieobecności spowodowanej zakończeniem spraw na uczelni ( w zeszły piątek miałam obronę, licencjat na 5! :) i kilkoma osobistymi sprawami. Ale jestem i zapraszam na krótkie recenzje produktów, które udało mi się skończyć w czerwcu. Zaczynamy!

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Pielęgnacyjne Majowe Denko # 3/2014


Mój ulubiony miesiąc dobiegł końca. Mam wrażenie, że dopiero była majówka, ale niestety czas goni niemiłosiernie. Maj, podobnie jak poprzedni miesiąc, był obfity w zużycia, więc podobnie jak w zeszłym miesiącu pojawią się dwa posty denkowe. Jeśli macie ochotę zobaczyć co zużyłam, to zapraszam do dalszej części posta. Bez zbędnego gadania przechodzę do sedna. Zaczynamy!

piątek, 2 maja 2014

Ogromne, kwietniowe, pielęgnacyjne Denko # 2/2014

Przełom starego i nowego miesiąca to czas na podsumowanie zużyć. Lubię projekty denko, bo uczą mnie kontroli nad moimi zbiorami, widzę ile czego zużywam, wracam do zapomnianych kosmetyków i dbam o to, by nic się nie marnowało.
Lubię je też za to, że można w nich zobaczyć kosmetyki, o których nie mam zbyt dużo do powiedzenia- nie zachwyciły mnie na tyle, by zasługiwać na osobną recenzję, ale i nie były wyjątkowo kiepskie.

W kwietniu przeszłam samą siebie. Gdybym nie gromadziła pustych opakowań, chyba bym nie uwierzyła, że tyle tego było.
Jeśli tak jak ja lubicie takie posty, zapraszam! 


piątek, 18 kwietnia 2014

O dwóch żelach, które przywołują lato.



Żel pod prysznic to taki kosmetyk, który kupuję kierując się jedynie zapachem. Wybieram taki, na jaki akurat mam ochotę. Zwykle w koszyku lądują te waniliowe, kokosowe, mleko i miód itp.

Jednak jakiś czas temu, spragniona słońca i wakacji zapragnęłam mocno owocowego zapachu.
Sięgnęłam pierwszy raz po śmiesznie tanią (2,49 w promocji) Isanę o zapachu melona i gruszki.
Zapach jest miły dla nosa, intensywny, ale nie chemiczny. Przeważa gruszka, melon jakoś się chowa.
W opakowaniu widać perełki olejku, ale w dłoni są słabo wyczuwalne. Nie czuję by wpływały jakoś szczególnie na nawilżenie, ale nie oczekuję tego, bo od czego są balsamy do ciała.

300ml 

Przypadkiem, w tym samym czasie w mojej łazience pojawił się jego przyrodni brat, Nivea sunny melon. Zapach również bardzo przypadł mi do gustu. Przyjemny, delikatny melon. Na pewno Nivea jest bardziej wydajna, bo konsystencja jest gęstsza, jednak w butelce mamy go 50 ml mniej. Perełki olejku są wyczuwalne i jest to całkiem przyjemne uczucie. Butelka ma ładniejszy design, ale to też ma dla mnie niewielkie znaczenie. Jego cena to ponad 10zł.

250ml

Podsumowując (bo ile można mówić o żelu pod prysznic:), mam wrażenie, że Isana to tańszy odpowiednik Nivei. Zapach podobny, kolor niemal identyczny, dobrze myją i zawierają perełki niby jakiegoś olejku.
Oba polubiłam i na pewno sięgnę ponownie, po Isanę w każdej chwili, po ten drugi, jeśli akurat będzie w promocji. Gdy mam podobny produkt 3 razy tańszy, to po co przepłacać?
Jeśli brakuje Wam lata, szczególnie na jakiejś tropikalnej wyspie, to polecam !

Znacie te żele? Polecacie jeszcze jakiś zapach Isany? Wąchałam inne, ale jakoś chyba nie przypadły mi do gustu.

Pozdrawiam serdecznie,

Milka;)

sobota, 15 marca 2014

Haul # 1/2014

Witam Was kochani bardzo serdecznie !



Dziś przychodzę do Was z postem o moich zakupach z ostatnich dni.
Dostałam wyczekiwaną paczkę z zamówionymi produktami z internetowej drogerii ezebra.pl! 
Pierwszy raz skorzystałam z ich usług w grudniu, tak typowo na próbę. Bałam się, że jeśli kosmetyki kosztują kilkakrotnie taniej niż w sklepach stacjonarnych, to jest to jakiś przekręt i ich nie dostanę. Okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Przesyłka była u mnie po kilku dniach, dobrze zabezpieczona, był do niej dołączony paragon, a z kosmetyków byłam bardzo zadowolona. Od niedawna mają w swojej ofercie kultowe szczotki Tangle Teezer. Kiedy dostałam maila, że z okazji dnia kobiet nie płacimy za przesyłkę, nie wahałam się ani chwili. Po tygodniu zamówienie miałam w ręku.