Wiem, że jestem nieco spóźniona z tym postem, niestety w końcu i mnie tuż przed 25 urodzinami, które obchodziłam w sobotę dogonił koszmar zęba mądrości. Kilka dni w gorączce, niemal bez jedzenia, przespane i wyjęte z życiorysu. Jutro idę do chirurga i zobaczymy co dalej. Co się odwlecze, to nie uciecze i jeszcze dziś możecie skorzystać z trzeciej części promocji w Rossmannie. A jeśli czymś Was skuszę i nie zdążycie, bez obaw, te promocje naprawdę się powtarzają!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bielenda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bielenda. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 9 maja 2016
czwartek, 4 czerwca 2015
Denko maja w formie in and out | 05/2015
Jeszcze nie zdążyłam się nacieszyć różowym bzem i pachnącymi konwaliami, a to już koniec mojego ulubionego miesiąca. Tak jak i czasu, tak pustych opakowań, nie zatrzymam, więc czas na denko! Produktów jest mniej niż w ostatnich miesiącach, więc chciałabym zaprezentować je w nieco innej formie. Pokażę, co zużyłam w maju oraz czym dany kosmetyk zastąpiłam. Zapraszam!
W maju kąpiele umilał mi żel pod prysznic z Biedronki. Skusiłam się na niego pierwszy raz i bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Ma delikatny, kremowy zapach i taką samą konsystencję. Jeśli lubicie żele Dove, a akurat nie możecie trafić na jakąś promocję, to polecam. Można pokusić się o stwierdzenie, że to ich budżetowa wersja.
Skończył mi się jakoś w połowie miesiąca, więc dla odmiany sięgnęłam po coś owocowego. Wybrałam znany mi wcześniej produkt Lirene. Lubię jego zapach, na uwagę zasługuje również wydajność.
Nie wiem która to już zużyta butelka Batiste, jednak pierwsza w wersji wild. Póki co, to drugi zapach, który przypadł mi do gustu. (Pierwszym i najlepszym wciąż pozostaje wersja tropikalna:). Lubię i polecam, co tu dużo mówić. Działa!
Kolejnej butelki nie kupiłam tylko dlatego, bo natknęłam się na promocję na Isanę. Miałam go już wcześniej i wtedy jakimś cudem stwierdziłam, że daje rade. Nie wiem czy coś w nim zmienili, bo nie da się go używać. Niedługo pojawi się recenzja, to napiszę o co chodzi.

Po jakiś 5/6 miesiącach udało mi się zużyć odżywkę do włosów Mrs. Potter's. Początkowo ją uwielbiałam, wylądowała nawet w ulubieńcach stycznia i w sumie do ostatniej kropli była dobra. Jednak wyraźnie czuć, że włosy się przyzwyczaiły do jej działania. Chętnie kupię ją ponownie lub skuszę się na inną wersję, jednak raczej w parze z inną, bo 500 ml to naprawdę ogrom.
Z powodu gabarytów sięgnęłam po mniejszą, osławioną już Garnier Ultra doux. Pierwszy raz mam ją w łazience, bo w sumie od jej poprzedniczki zaczęłam przygodę z odżywkami do włosów. Dam znać, jak się u mnie sprawuje!
Do twarzy zużyłam mojego wieloletniego ulubieńca. To żel-krem do mycia twarzy z Nivea. Jest niezawodny, kiedy borykam się z przesuszoną cerą. Lubię używać go rano, mam wówczas wrażenie, że nie muszę nakładać kremu. To pewnie złudne działanie parafiny na początku składu, jednak nie zauważyłam, by mojej cerze szkodziła. Na pewno kupię go jeszcze nie raz,
ale z racji, że teraz staram się używać bardziej naturalnych kosmetyków, póki co skusiłam się na żel marki DeBa BioVital. Konsystencja diametralnie różna, ale póki co jest wporządku.

W dniu wesela koleżanki, przed wyjściem zrobiłam sobie nawilżającą maseczkę z Ziaji. Lubię te saszetki i co jakiś czas do nich wracam.
Nie kupiłam kolejnych, bo muszę skończyć otwarte produkty. Wyciągnęłam bardzo fajną maskę marki Palmers i w czerwcu postaram się używać jej regularnie.

W ramach akcji minimalizowania ilości używanych przeze mnie kosmetyków, skończyłam peeling do stóp, również z Biedronki. Ma bardzo ostre drobiny, więc nie używajcie na inne części ciała. Jego niska cena zachęca do próbowania, ale póki co wystarczy mi...
Peeling do ciała, w końcu kto zabroni używać go również do stóp? Aktualnie na wannie stoi Wellness&Beauty. Ma nieziemski zapach, czuję się jakbym była na wakacjach i eleganckie opakowanie ! Moja marka do tej marki rośnie. Chcecie żebym napisała o nim więcej?

Kremy do rąk to moje małe uzależnienie. Tu minimalizm nie obowiązuje, muszę mieć jeden na biurku, jeden w torebce i zwykle jeden jeszcze gdzieś :) Teraz zużyłam produkt Nuxe, który również miał swoje pięć minut w ulubieńcach. Naprawdę wart uwagi, choć nieco drogi krem.
Jego miejsce w torebce zajął krem w pięknym opakowaniu (czy tylko ja zwracam na to uwagę!?) z The Body Shop, a że dla mnie to raczej bubel, dołożyłam jeszcze Ziaję, którą po pierwszych aplikacjach jestem oczarowana.

Kilka dni temu pisałam Wam o moim pierwszym spotkaniu z samoopalaczem. Postawiłam na tani Sunozon. Zachwycona nie jestem, więc zamiast kolejnego, sięgnęłam po produkty korygujące koloryt.
Zdecydowałam się za to na produkt Gosh, który zapewnia delikatną opaleniznę od razu po nałożeniu. Liczę, że dzięki temu otrzymam miły oku efekt, bez plam. Zaś krem CC Bielendy wyciągnęłam z szafy, bo jak skusiłam się na niego kilka miesięcy temu, to było już za późno na pokazywanie nóg. Byłabym nim zachwycona, gdyby nie widoczne w słońcu drobinki. Także na ręce i dekolt- nie, za to na nogi - jak najbardziej. Marzą mi się jeszcze rajstopy w sprayu, ale rozsądek mówi mi, że powyższe produkty to i tak zbyt dużo.

Również po kilku miesiącach zużyłam zmywacz do paznokci Donegal o żelowej konsystencji. Produkt fajny, jednak trzeba go sporo wylewać na płatek i lubi z niego spływać.
Postawiłam więc teraz na klasykę, zwykły płynny zmywacz z Essence.
I dotarliśmy wspólnie do ostatniego produktu, jakim jest puder. Jak widzicie jeszcze trochę Max Factora w opakowaniu zostało, ale mam już dość męczenia się z nim. Napiszę o nim kilka słów w kolejnym poście, bo mieliśmy dziwną relację i chciałabym o niej opowiedzieć.
W tej kategorii niczego nie dokupowałam, bo pudrów mam jeszcze kilka. Najczęściej używam tego z M.A.C, który jest w mojej kosmetyczce od 8 miesięcy, a zużycia niemal nie widać.
Trzymajcie za mnie kciuki, bo wpadłam w wir sesji! Ps. A jak Wasze denka?:)
Milka:)
Etykiety:
Batiste,
Be beauty,
Bielenda,
DeBa Bio Vital,
Donegal,
Essence,
Garnier,
Gosh,
Lirene,
MAC,
Max Factor,
Mrs. Potter's,
Nivea,
Nuxe,
Palmers,
projekt denko,
Sunozon,
The Body Shop,
Wellness&Beauty,
Ziaja
piątek, 3 kwietnia 2015
DENKO GIGANT | # 3/2015
Kiedy mój chłopak zobaczył pełną torbę pustych kosmetyków i dowiedział się, że to wszystko skończyłam w jednym miesiącu, stwierdził, że to więcej niż jego roczny przerób, nawet, jeśli by włączyć w to pastę do zębów i butów. Hahaha :D
Zapraszam Was na przegląd zużytych kosmetyków i tak, wszystkie, które dziś zobaczycie zdenkowałam w minionym miesiącu.
Etykiety:
AA,
Balea,
Be beauty,
Benefit,
Bielenda,
Bioelixir,
Biovax,
Caudalie,
Dior,
Dove,
Isana,
Kneipp,
Luksja,
Lush,
Miss Sporty,
Nivea,
Organique,
pielęgnacja,
projekt denko,
The Body Shop
czwartek, 13 listopada 2014
Co zużyłam we wrześniu i październiku? / Denko # 6/2014
Jeśli jesteście ciekawe, co w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy udało mi się zużyć, to zapraszam na garść zbiorowych recenzji!
![]() |
| Zużycia wrześniowe |
Post ten podzieliłam na dwie części, na początek przedstawię Wam te produkty, które zużyłam we wrześniu:
Nie byłoby denka, bez kilku podstawowych produktów:
Szampon, tym razem Mrs. Potter's- długo się tego chwalonego gagatka naszukałam. W końcu się udało, w Almie za 10 złotych za ogromną 500ml butlę. Zapach ma ziołowy, dobrze się pienił, nie wzmagał przetłuszczania, ale i nie zahamował go. Miałam wrażenie jakby dodawał objętości moim włosom. Byłam zadowolona, dopiero pod koniec miałam wrażenie że włosy już się przyzwyczaiły do jego działania. Chętnie w przyszłości wrócę do niego lub spróbuję innej wersji..
Ziaja, kremowe mydło z jedwabiem- takie zwykłe mydło pod prysznic, chyba polubiłam bardziej niż jego owocowych kolegów, ze względu na kremową konsystencję Przyjemny zapach, niska cena, polski produkt. Warto kiedyś wrzucić do koszyka.
Cleanic, emulsja do higieny intymnej- nie mam dużych wymagań, co do takich produktów. Swoje zadanie spełniała.
Balea, mydło do rąk o zapachu nektarynkowym- jedno z lepszych, jakie miałam przyjemność używać. Oczywiście na myśli mam walory zapachowe, bo nie jest to produkt pielęgnujący. Aż nachodzi ochota na owoce! I zapach jest długo wyczuwalny na dłoniach. Jak się cieszę, że już w grudniu odwiedzę drogerię DM, bo niestety w Polsce cięzko dostać produkty Balei.
Garnier, tonik z ochronnym ekstraktem z róży- nie wiem która to moja butelka, ale ewidentnie był to mój ogromny ulubieniec od kiedy byłam nastolatką. Niska cena, delikatny zapach i właściwości odświeżające, to jego najbardziej pozytywne cechy. Teraz zaczęłam większą uwagę zwracać na składy i stosuję wodę różaną lub hydrolaty, ale jeśli szukacie toniku, jedynie do przetarcia i odświeżenie twarzy to polecam.
O olejku do ciała od Alterry jest osobny post. Bardzo polubiłam pielęgnację olejami, więc i ten produkt przypadł mi do gustu. Teraz marki prześcigają się w tworzeniu podobnych, więc aktualnie testuję coś innego, ale warto sięgnąć po łatwo dostępną, naturalną Alterrę.
Kolejna pozycja o zapachu papai tylko potwierdza, jak bardzo polubiłam ten zapach. Peeling należał do zwyczajnych, dość szybko też się skończył, ale kosztował grosze w Biedronce, jak kiedyś będzie jeszcze okazja, to chętnie po niego sięgnę.
![]() |
| Zużycia października |
AA, balsam do ciała pod prysznic - kiedy zaczęło być głośno o balsamach pod prysznic stwierdziłam, że to kolejna rzecz, która będzie się kurzyć w łazience. Ale po tym, jak minął wielki boom na takie produkty, na jakiejś promocji skusiłam się i ja. Balsam stał w łazience dość długo, bo nie sięgałam po niego często, nie czuję potrzeby. Jednak jest zbawienny, kiedy po porannym prysznicu, jakimś wysuszającym żelem i w dodatku po niedawnej depilacji moje łydki aż swędzą z powodu braku nawilżenia. Ponieważ rano nie mam czasu na wklepywanie balsamów, okazało się, że to produkt idealny dla mnie !
Boots, Zingy Berry - kolejny produkt niedostępny u nas. Sądzę, że to jakiś najtańszy żel marki własnej drogerii Boots, którą znajdziemy na każdym kroku w UK. Dobrze korzystało mi się z takiego wyciskanego opakowania, natomiast wściekły różowy kolor żelu raczej odpychał. Mimo, że nie używam naturalnych żeli pod prysznic, to kolor jakoś nie zachęcał mnie do używania.
Nivea, płyn do higieny intymnej- lubię za zapach i poręczne buteleczki. Swoje zadanie spełnia -oczyszcza i odświeża.
Wellness&Beauty - arganowy olejek do kąpieli- po tym jak marka zmieniła szatę graficzną, aż chce się sięgać po nowe produkty. Niestety zaczęłam od niewypału. Ani to nie zabarwia wody, ani nie dawało zbyt dużo piany, ani nie nawilżało. Jakieś oleje w składzie niby ma ale za SLS. Na szczęście była to jakaś edycja limitowana, więc już go nie dostaniecie, natomiast jego brata- olejku sezamowego używam aktualnie i jestem oczarowana!
Regenerum- regeneracyjne serum do włosów- bardzo rzadko sięgam po maski i odżywki do włosów. Ta niczym nie wyróżniała się z tłumu innych. Na początku trochę za wysoko ją nałożyłam i ...wieczorem musiałam ponownie myć głowę, tragedia. W dodatku nie mogłam jej zużyć, długo stała, w końcu goliłam na nią nogi. Nie nazwałabym tego 'serum', ot taka zwykła odżywka do włosów.
Yves Rocher, płukanka octowa z malin- o płynie zawartym w tej przepięknej buteleczce chciałam napisać osobny post, ale tak naprawdę, mimo że zużyłam całe opakowanie, nie mam o niej zdania. W przypadku odżywki mogę powiedzieć, że fajnie wygładza włosy, a po zastosowaniu są one błyszczące i coś tam jeszcze... Natomiast płukanka odżywką nie jest. Jedynym jej zadaniem jest zamykanie łusek włosów, co ciężko mi ocenić, bez badań struktury włosa. Nie mniej, jej zapach jest tak przyjemny, że chętnie kupię ją ponownie.Wydawało mi się, że stosując ją na całe włosy, nie będzie wydajna, ale pozytywnie się zaskoczyłam i starczyła mi na jakieś 15 razy. Minusem może być cena- 25 złotych, a że należy do kosmetyków oznaczonych zielonym punktem, nie obowiązuje na nią większość promocji.
Fitomed, krem półtłusty tradycyjny- bardzo fajny produkt, o naturalnym składzie. Odsyłam do posta, gdzie pisałam o nim recenzję. Gdyby nie chęć próbowania innych kremów, wróciłabym do niego ponownie.
Jest i jeden produkt z kolorówki, hura! Tusz do rzęs Max Factor Masterpiece Max. Nie wiem, czy trafiłam na jakiś otwierany w sklepie egzemplarz, czy co, że bardzo szybko zgęstniał i zmienił swoje właściwości, zostawiał na rzęsach grudki, czego nie znoszę. Szczoteczka była fajna. Jeśli miałyście to dajcie znać, czy to normalne że tak szybko gęstnieje?
Krem pod oczy Ziaja- po krem pod oczy też nie sięgam codziennie, raczej sporadycznie, bo nie mam problemów z tą okolicą. Obietnic producenta o niwelowaniu cieni nie spełnia, ale poza tym sympatycznie.
No i o propolisowej paście do zębów też pisałam posta. Jeśli szukacie past bez dodatku fluoru to polecam!
Na zdjęcia nie załapała się jedynie ogromna (1,5l) butelka płynu do kąpieli z Be beauty, wersja oliwka i buriti. Pianę robił, ale chyba zrobiłam się teraz bardziej wymagająca i chciałabym, żeby moje ciało było pielęgnowane nawet w kąpieli, no albo chociaż, żeby mi ładnie pachniał w łazience.
I to byłoby na tyle, dajcie znać, których produktów z mojej listy zdenkowanych używaliście i czy macie podobne przemyślenia do moich.
Pozdrawiam,
Milka;)
Etykiety:
AA,
Alterra,
Babuszka Agafia,
Balea,
Bielenda,
Boots,
Cleanic,
Fitomed,
Garnier,
Max Factor,
Mrs. Potter's,
Nivea,
projekt denko,
Regenerum,
Wellness&Beauty,
Yves Rocher,
Ziaja
wtorek, 7 października 2014
Wakacyjne denko-lipiec i sierpień / #5 / 2014
Choć wiedziałam, że wrócę do blogowania, ciężko zacząć po tak długiej przerwie. Nie wiem kiedy minęły mi ostatnie miesiące. Wakacje przepracowałam, było ciężko, długo i bez chwili dla siebie. Więcej nie zdecyduję się na pracę na dwa etaty:)
Nie ma co przedłużać i się żalić, trzeba wziąć się za nadrabianie zaległości. Dziś na szybko wakacyjne denko, a niedługo potem (mam nadzieję) pojawi się cała masa recenzji.
Po ilości zużytych żeli pod prysznic można wnioskować, że w wakacje nic nie robiłam, poza myciem. Rekordowe upały lipca sprawiły, że faktycznie dwa prysznice dziennie momentami nie wystarczały.
Jak widać przeważa Isana, polubiłam je stosunkowo niedawno, dzięki melonowej wersji. Teraz testuję kolejne. Są lepsze i gorsze, ale można znaleźć naprawdę przyjemne zapachy. Nie są szczególnie gęste, ani wydajne, ale za 2,50 nie znajdziemy nic lepszego. Jeśli jeszcze ich nie próbowaliście, zachęcam. Alpen Gluck to wakacyjna edycja limitowana, która miała rewelacyjny zapach w opakowaniu, niestety w magiczny sposób, przestał mi odpowiadać podczas używania. Mleko i miód jako jedyny z powyższych ma kremową formułę, reszta jest żelowa.
Różany Yves Rocher to mój prezent urodzinowy od marki...i całe szczęście, bo byłyby to najgorzej wydane 22 złote w życiu. Poza naprawdę ładną butelką, idealną na wyjazdy, niczym nie różni się od Isany. W dodatku zapach róży bardzo mnie rozczarował. Nigdy więcej.
Prawdziwą perełką jest zaś Palmolive o zapachu różano-konwaliowym. Dwa ulubione kwiaty i to jeszcze w połączeniu. Konwalia wybija się jako główna nuta zapachowa, róża wyczuwalna jest po chwili. Problem jest to, że nigdzie nie mogę go dostać. Niby seria ta jest dostępna w każdej drogerii (wąchałam też inne zapachy i warto), ale tego już nigdzie nie widziałam. Jak znajdę, na pewno zrobię zapas.
Pozostając w kąpielowym temacie prezentuję butelkę zużytego płynu do kąpieli dla dzieci.To mój pierwszy płyn, który nie tylko wytwarza górę piany, ale jego piękny wiśniowy zapach utrzymywał się przez całą kąpiel. Warto dodać, że był bardzo wydajny, wystarczyły dwie nakrętki na wannę. Jedynym minusem jest brak dostępności w Polsce, ja kupiłam w sklepie z chemią niemiecką.
Jeśli chodzi o szampony, to w wakacje naprzemiennie używałam dwóch.
Pharmaceris, to mój faworyt, szampon powszechnie znany i lubiany w blogosferze. Ma teoretycznie wzmacniać włosy. Ciężko mi to ocenić, wysypu baby hair nie zauważyłam ale nie wymagam tego od szamponu, więc nie przeszkadza mi to. Jest bardzo wydajny, wystarczy mała ilość, aby go dobrze spienić (zasługa SLS), a włosy po jego użyciu, (nawet bez odżywki), są puszyste, lśniące i sypkie. Nie obciążał, nie wpływał na przyspieszone przetłuszczanie włosów, wręcz mogłam dłużej cieszyć się nienaganną fryzurą.
Druga butelka to Balea, wersja wiśniowa. To moje pierwsze spotkanie z tą niedostępną z Polsce marką. Kupiony również w sklepie z chemią niemiecką. Zapłaciłam za niego 7 złotych, niby niewiele, a to i tak dwa razy więcej niż płacimy za granicą. Zapach fenomenalny, działanie standardowe. Jest rzadki, przez co mało wydajny, ale robi wszystko to, co zwykły szampon. Szału nie robi, ale ze względu na zapach i cenę, przy jakiejś wizycie za granicą (najszybciej to chyba Praga na Sylwesta) prawdopodobnie się skuszę.
Mydło do rąk, także z Balea. Fenomenalny, nektarynkowy zapach, naprawdę intensywny. Działanie- jak każde inne mydło do rąk. Chętnie wypróbuję inne zapachy, cieszę się, ze są dostępne także w formie uzupełnień.
Raz na jakiś czas, szczególnie przed depilacją, peelinguję ciało. Zużyłam pięknie pachnącą, winogronową Bielendę, natomiast w opakowaniu po maśle tej samej marki, zrobiłam sobie samodzielnie peeling cukrowy. Dla leniwych polecam Bielendę - odpowiedniej wielkości kryształy, które rozpuszczają się dopiero po chwili, piękny zapach i niska cena- kupiłam go w Biedronce. Natomiast, jeśli macie więcej czasu, polecam zrobienie czegoś samemu. Taniej i przyjemniej, w dodatku do wykonania wystarczą produkty, które mamy w kuchni. Ja do swojego dodałam naturalnych olei ( m. in. kokosowy i ze słodkich migdałów ), dzięki czemu nie musiałam po kąpieli używać balsamu.
Lubię polskie marki, dlatego tym razem kupując płyn do higieny intymnej zdecydowałam się na Green Pharmacy. Na drugim miejscu mamy w skłałdzie SLS, więc nie jest to produkt naturalny ale przynajmniej mamy tam także wyciągi roślinne, alantoinę, pantenol i brak parabenów. Fajna, duża butla z pompką, szata graficzna przypomina stare opakowania z łazienki babci.
W ostatnim denku zapomniałam wspomnieć, że zużyłam puder do kąpieli o zapachu malinowym z Organique. Dla fanek moczenia się w wannie, będzie to produkt idelany, niedługo pojawi się jego recenzja. Niestety jest dość drogi.
Dlatego, kiedy zobaczyłam, że pudry dostępne są w sklepie agness, o którym pisałam tutaj, wrzuciłam do koszyka na wypróbowanie. Niestety ten nie zrobił na mnie wrażenia, w ogóle nie zrobił nic. Ten z kozim mlekiem, ponieważ był biały, nawet nie zabarwił wody, o nawilżaniu nie wspomnę. Jedyne co przypominało mi, że czegoś do wanny nasypałam to kilka pływających płatków nagietka. Jednak czasami nie warto oszczędzać.
Na balsamowanie ciała praktycznie nie miałam czasu, natomiast nie zapominałam o nawilżaniu dłoni i stóp.
Do stóp zużyłam krem marki FussWohl z 10% zawartością mocznika. Jest tani, łatwo dostępny i naprawdę działa niesamowicie, jest godny polecania.
Do rąk natomiast trzy pozycje. W końcu udało mi się skończyć kokosową Ziaję. Wiem, że zapach ten ma wielu zwolenników, sama do nich kiedyś należałam, natomiast jakiś czas temu zaczął mnie po prostu drażnić. Jest mocny, dość chemiczny i długo utrzymuje się na skórze. Nie wygodny był też dla mnie sposób aplikacji, ciężko wydobyć produkt z twardego opakowania. Sam krem zaś dość szybko się wchłania, nawilża przeciętnie, aplikację trzeba ponowić kilka razy w ciągu dnia. Ziaja ma swoje perełki, które uwielbiam, ten produkt jednak nie przypadł mi do gustu.
Tańszym, większym i lepszym kremem jest Bebeauty w wersji regenerującej. Rzadko sięgam po kosmetyki ze sklepów spożywczych, jednak czytałam o nim tyle dobrego, że się skusiłam i nie żałuję. Zasłużył na miano ulubieńca, będę do niego wracać. W przeciwieństwie do poprzednika zapach bardzo mi się spodobał. Dobrze nawilża, szybko się wchłania, myślę, że sprawdzi się także jesienią. Na plus także to, że jest produkowany przez naszą polską Tołpę.
Ostatnia pozycja to miniaturka kremu z 20 % masła Shea od L'Occitane. Za 30 ml trzeba zapłacić 30 zł, za 150 ml 95zł, więc jest to zdecydowanie najdroższy krem do rąk, jakiego używałam, ale i jeden z najlepszych. Czy jest warty swojej ceny? Uważam, że nie. Niedługo pojawi się obszerniejsza recenzja.
Latem przerzuciłam się na dezodoranty w sprayu. Wróciłam do nich po kilku latach i ... chyba na razie nie zmienię tej formy zabezpieczenia przed nieprzyjemnym zapachem. Niektórzy narzekają, że spraye słabo chronią, ja nie mam problemu z potliwością i na moje potrzeby są wystarczające. W dodatku nie trzeba czekać aż się wchłoną, tylko od razu wciągam koszulkę i jestem gotowa do wyjścia. Co za wygoda!
Jeśli chodzi o ochronę, nie widziałam różnicy w ich działaniu, natomiast używałam dwóch na przemian, ponieważ Dove ma tak intensywny zapach, że mimo iż bardzo go lubię, nie byłam w stanie regularnie używać. Nie polecam rozpylania w małej łazience bez okna. Nivea była już delikatniejsza, odświeżająca, idealna na lato.
Wiecie, że chciałam zmniejszyć ilość zużywanych żeli pod prysznic, na rzecz mydeł, stąd kostka Dove. Niestety brak czasu i wygoda sprawiły, że przegrałam tę bitwę. Kostka wciąż leży w łazience, nie będę trzymać kartonika, więc pokazuję.
Płyn micelarny od Siquens, hmm. Lubię go, podoba mi się jego szata graficzna, więc nie chce wydawać mu krzywdzącej opinii. Jest dobry, radzi sobie z makijażem, nie podrażnia oczu, choć kilka razy pod koniec butelki poczułam lekkie szczypanie. Jednak ostatnimi czasy firmy zaczęły się prześcigać w tworzeniu nowych miceli i ten po prostu stał się... przeciętnym. A jego cena, zwłaszcza bez promocji, nie zachęca. Z tych powodów, prawdopodobnie już po niego nie sięgnę.
Dlaczego tak późno zdecydowałam się na zakup korektora do lakieru? To takie wygodne! Mimo iż jest to dość drogi gadget, bo kosztuje około 15 złotych, a starcza tylko na kilka razy, to i tak warto wypróbować. Myślę, że jeszcze produktu w opakowaniu zostało, natomiast skończyły mi się końcówki. W sumie dostajemy 4, ale używając ciemnych lakierów, szybko trzeba je zmieniać. Inaczej, zamiast pomóc nam skorygować minimalne wyjechania, sprawi, że będziemy musiały malować paznokcie od nowa.
Serię lakierów Astor Lacque DeLuxe polecam wszystkim. Miałam już kilka kolorów i ze wszystkich byłam zadowolona. W koszu ląduje piękna, malinową czerwień w odcieniu Plum nectar.
Choć w wakacje praktycznie się nie malowałam, coś jednak z kolorówki udało mi się zużyć. Są to dwa tusze do rzęs.
Osławiona już curling Pump up mascara od Lovely, której wygląd na rzęsach pokazywałam tutaj. Szczerze mówiąc użyłam go zaledwie parę razy, bo miałam otwartych kilka tuszy. Na rzęsach wygląda ładnie, naturalnie, nie skleja ich (o ile ujarzmimy szczoteczkę, która dla mnie nie jest zbyt wygodna.) Niestety wysycha bardzo szybko, nawet jeśli nie jest regularnie otwierany, tylko został otwarty raz, a potem stał na półce. Jednak za 9 zł to naprawdę godny uwagi produkt.
Drugi to mój stary ulubieniec od Rimmel- Lash Accelerator. Lubiłam go za małą szczoteczkę i mocno czarny kolor. To chyba 3 zużyte opakowanie i niestety ostatnie. Był jednym z pierwszych używanych przeze mnie tuszy i skoro się sprawdził to kupowałam kolejne opakowania. Kiedy odważyłam się sięgnąć po inne, okazało się że są fajniejsze i znalazłam swoich ulubieńców w tej kategorii.
I to tyle, trzymajcie kciuki, żebym wróciła do regularnego blogowania.
Jesteście jeszcze ze mną?
Dajcie znać co u Was!
Pozdrawiam,
Milka;))
Etykiety:
Astor,
Balea,
Be beauty,
Bielenda,
Dove,
Essence,
FussWohl,
Green Pharmacy,
Isana,
L'Occitane,
Lavea,
Lovely,
Nivea,
Palmolive,
Pharmaceris,
projekt denko,
Rimmel,
Siquens,
Yves Rocher,
Ziaja
środa, 9 lipca 2014
Czerwcowe denko # 4/2014
Wracam po dłuższej nieobecności spowodowanej zakończeniem spraw na uczelni ( w zeszły piątek miałam obronę, licencjat na 5! :) i kilkoma osobistymi sprawami. Ale jestem i zapraszam na krótkie recenzje produktów, które udało mi się skończyć w czerwcu. Zaczynamy!
Etykiety:
Alantan,
Bielenda,
C-thru,
Donegal,
Eveline,
Flos lek,
Isana,
Johnson's baby,
L'biotica,
Lirene,
Marion,
Nivea,
Oriflame,
projekt denko,
Regenerum,
Rimmel,
Sephora,
The Body Shop,
Tołpa,
Yves Rocher
czwartek, 29 maja 2014
Ulubieńcy maja 2014 !
Witajcie !
Ani razu nie pokazywałam Wam na blogu moich ulubieńców! Czekałam z tym postem na jakieś wyjątkowe kosmetyki, które przełamią moją pielęgnacyjną lub kolorówkową rutynę. I są ! Ogrom promocji, które zaserwował nam maj sprawiły, że wiele nowych, ciekawych produktów wpadło w moje ręce. Części z nich jeszcze nie miałam okazji przetestować, część z nich polubiłam, ale dziś wybrałam dla Was złotą szóstkę, która w tym miesiącu spisała się rewelacyjnie! Akurat większości używam od niedawna, więc na recenzję po dłuższym użytkowaniu przyjdzie jeszcze pora, ale używam ich na tyle długo, że mogę Wam je polecić ! Są warte przetestowania!
1.
To żel o niesamowicie delikatnej konsystencji. Nie zapewnia nawilżenia na tyle, żeby zrezygnować z balsamu, ale zdecydowanie widać różnicę w porównaniu do zwykłych żeli. Ponadto niespotykany, świeży zapach. Jeśli nie wiecie jak pachnie bawełna, koniecznie spróbujcie tego żelu! Szukałam, czy jakieś jeszcze firmy oferują 'bawełniane' kosmetyki i znalazłam jedynie Bath&Body Works. Jak tylko będę w Warszawie na pewno tam zajrzę.
2.


Fitomed - różany płyn do twarzy.
Zakupiłam go w małym, zielarskim sklepiku w Sopocie, szukając różanego hydrolatu. Był jedynie płyn z 20% zawartością wody z róży. Zrobił prawdziwą furorę w ciepłe dni. Dzięki buteleczce z pompką można go zabrać do torebki i spryskać się w ciągu dnia dla ochłody. Zapach jest niesamowity i w sumie to przeważyło, że w maju zastąpiłam wodę termalną właśnie nim. Starczy na bardzo długo, bo używam, używam, a zużycia praktycznie nie widać. Polecam stosowanie również jako tonik (chociaż wtedy radziłabym poszukać wody w tradycyjnym opakowaniu, bo łatwiej wylać ją na wacik). Jeśli nigdy nie używaliście wody różanej to koniecznie poszukajcie jej w sklepach! Dla tych, którzy za zapachem róży nie przepadają (naprawdę są tacy!?) powiem, że Fitomed oferuje także wodę lawendową i neroli. Zapłaciłam niecałe 17zł, jednak sugerowana cena producenta to 12. Więcej o produkcie możecie poczytać tu.
3.
Bielenda - Masło do ciała papaja.
To efekt zakupów w Biedronce;) Za 100 ml zapłaciłam jedynie 6 zł. Ostatnio ciągle narzekałam na wszystkie mleczka i balsamy. Kupowałam coraz to lepsze, jednak efektów na mojej suchej skórze nie było widać. Tak się cieszę że kupiłam to niepozorne masło! Kusi zapachem (jak powąchałam, to aż wróciłam po peeling z tej serii), a i działanie jest dużo lepsze niż balsamów. Gęsta konsystencja sprawia, że nie trzeba go dużo nabierać, a efekt nawilżenia długo się utrzymuje. Fanki dobrych składów też będą zadowolone. Na drugim miejscu, tuż po wodzie mamy masło Shea.
Podsumowując: dobre masło za niewielkie pieniądze, mnie dodatkowo cieszy fakt, że są dostępne w tak małym opakowaniu.


4.
Biedronka - Szczoteczka do twarzy.
Wiele razy będąc w Sephorze dotykałam osławionego Clarisonica. Jednak taka szczoteczka to kolejny gadget w pielęgnacji i raczej nie warty wydania na niego 600zł. Jak dowiedziałam się, że w Biedronce będzie dostępna wersja budżetowa za 20 zł (czyli mniej niż wymienna szczoteczka Clarisonic) to nie wahałam się ani chwili i w dniu, w którym miała się pojawić obeszłam kilka Biedronek, aż wpadła w moje ręce. Zapakowana w solidne opakowanie, w pięknym jasnofioletowym kolorze. Kupowałam z myślą o szczoteczkowej końcówce, jednak bałam się że nie będzie wystarczająco delikatna, by stosować ją do twarzy. Nic bardziej mylnego, stosuję ją nawet na drugiej prędkości. Taka szczoteczka w połączeniu ze zwykłym żelem zastępuje nam peeling i zapewnia maksymalne oczyszczenie twarzy. Mam wrażenie, ze moje policzki aż skrzypią ;) Używam jej z przyjemnością co kilka dni, a moja dotychczasowa szczoteczka manualna poszła w odstawkę. Niesamowite zaskoczenie, że tani produkt okazał się tak dobry. Chyba największy ulubieniec z całej genialnej szóstki!
5.

Artdeco - Baza pod cienie do powiek.
To już kultowy produkt, ponoć najlepsza baza dostępna w Polsce. Nigdy nie potrzebowałam tego kosmetyku, bo na powieki używałam tego samego korektora, co pod oczy i nie miałam problemów z utrzymywaniem się cieni. Poza tym używam ich naprawdę rzadko. Jednak zmieniłam korektor na lepiej kryjący. Jestem z niego zadowolona, ale na powiekę zupełnie się nie nadaje. Roluje się nawet solo! To samo robi w połączeniu z nawet najlepszym cieniem (aaa dostałam na urodziny cienie z MAC!:).
Kupiłam więc tę osławioną bazę i problemy się skończyły. Jest zamknięta w zgrabnym słoiczku i chyba nie uda mi się jej zużyć w przeciągu roku. Zapłaciłam 37 zł w Douglasie.
6.
Sally Hansen - Instant cuticle remover.
Jest to żel ułatwiający usuwanie skórek. Moim paznokciom jeszcze daleko do idealności, wciąż się rozdwajają i łamią, ale chociaż dochodzę powoli do ładu ze skórkami. Właśnie dzięki niemu! Producent sugeruje, żeby nałożyć go na 15 sekund. Trochę przesadził, potrzebuję jakiś 2 minut, potem odsuwam je drewnianym patyczkiem i paznokcie od razu wyglądają lepiej. Większość skórek po prostu znika, żel je rozpuszcza. Małe cudeńko! Warto wypróbować, kosztuje ok. 25 zł. Mi na szczęście udało się go nabyć na ostatniej promocji w Rossmanie.
Pozdrawiam,
Milka:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






























