Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Denko marca i połowy kwietnia | L'oreal, Caudalie, Sylveco i inne

Czas na kolejny projekt denko. Zapraszam!


Niedawno podsumowałam te wszystkie zimowe żele w jednym poście. Wszystkie polubiłam ze względu na zapach i niską cenę. Isanę nawet tak bardzo, że zużyłam również mydełko do rąk.

piątek, 3 kwietnia 2015

DENKO GIGANT | # 3/2015


Kiedy mój chłopak zobaczył pełną torbę pustych kosmetyków i dowiedział się, że to wszystko skończyłam w jednym miesiącu, stwierdził, że to więcej niż jego roczny przerób, nawet, jeśli by włączyć w to pastę do zębów i butów. Hahaha :D
Zapraszam Was na przegląd zużytych kosmetyków i tak, wszystkie, które dziś zobaczycie zdenkowałam w minionym miesiącu.

czwartek, 5 lutego 2015

Czas wyrzucić styczniowe śmieci! | Denko # 1/2015


Początek miesiąca to czas podsumowania zużyć z miesiąca poprzedniego. Cieszę się, bo skończyłam kilka takich produktów, które zużywa się przez długi czas. Zapraszam na krótkie podsumowanie.

czwartek, 13 listopada 2014

Co zużyłam we wrześniu i październiku? / Denko # 6/2014

Jeśli jesteście ciekawe, co w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy udało mi się zużyć, to zapraszam na garść zbiorowych recenzji!

Zużycia wrześniowe
Post ten podzieliłam na dwie części, na początek przedstawię Wam te produkty, które zużyłam we wrześniu: 


Nie byłoby denka, bez kilku podstawowych produktów:

Szampon, tym razem Mrs. Potter's- długo się tego chwalonego gagatka naszukałam. W końcu się udało, w Almie za 10 złotych za ogromną 500ml butlę. Zapach ma ziołowy, dobrze się pienił, nie wzmagał przetłuszczania, ale i nie zahamował go. Miałam wrażenie jakby dodawał objętości moim włosom. Byłam zadowolona, dopiero pod koniec miałam wrażenie że włosy już się przyzwyczaiły do jego działania. Chętnie w przyszłości wrócę do niego lub spróbuję innej wersji..

Ziaja, kremowe mydło z jedwabiem- takie zwykłe mydło pod prysznic, chyba polubiłam bardziej niż jego owocowych kolegów, ze względu na kremową konsystencję Przyjemny zapach, niska cena, polski produkt. Warto kiedyś wrzucić do koszyka.

Cleanic, emulsja do higieny intymnej- nie mam dużych wymagań, co do takich produktów. Swoje zadanie spełniała.

Balea, mydło do rąk o zapachu nektarynkowym- jedno z lepszych, jakie miałam przyjemność używać. Oczywiście na myśli mam walory zapachowe, bo nie jest to produkt pielęgnujący. Aż nachodzi ochota na owoce! I zapach jest długo wyczuwalny na dłoniach. Jak się cieszę, że już w grudniu odwiedzę drogerię DM, bo niestety w Polsce cięzko dostać produkty Balei.


Garnier, tonik z ochronnym ekstraktem z róży- nie wiem która to moja butelka, ale ewidentnie był to mój ogromny ulubieniec od kiedy byłam nastolatką. Niska cena, delikatny zapach i właściwości odświeżające, to jego najbardziej pozytywne cechy.  Teraz zaczęłam większą uwagę zwracać na składy i stosuję wodę różaną lub hydrolaty, ale jeśli szukacie toniku, jedynie do przetarcia i odświeżenie twarzy to polecam.

O olejku do ciała od Alterry jest osobny post. Bardzo polubiłam pielęgnację olejami, więc i ten produkt przypadł mi do gustu. Teraz marki prześcigają się w tworzeniu podobnych, więc aktualnie testuję coś innego, ale warto sięgnąć po łatwo dostępną, naturalną Alterrę.

Kolejna pozycja o zapachu papai tylko potwierdza, jak bardzo polubiłam ten zapach. Peeling należał do zwyczajnych, dość szybko też się skończył, ale kosztował grosze w Biedronce, jak kiedyś będzie jeszcze okazja, to chętnie po niego sięgnę.

Zużycia października
 W październiku było tylko trochę lepiej, jeśli chodzi o ilość zużyć, niż we wrześniu, ale zawsze to coś.


AA, balsam do ciała pod prysznic - kiedy zaczęło być głośno o balsamach pod prysznic stwierdziłam, że to kolejna rzecz, która będzie się kurzyć w łazience. Ale po tym, jak minął wielki boom na takie produkty, na jakiejś promocji skusiłam się i ja. Balsam stał w łazience dość długo, bo nie sięgałam po niego często, nie czuję potrzeby. Jednak jest zbawienny, kiedy po porannym prysznicu, jakimś wysuszającym żelem i w dodatku po niedawnej depilacji moje łydki aż swędzą z powodu braku nawilżenia. Ponieważ rano nie mam czasu na wklepywanie balsamów, okazało się, że to produkt idealny dla mnie !

Boots, Zingy Berry - kolejny produkt niedostępny u nas. Sądzę, że to jakiś najtańszy żel marki własnej drogerii Boots, którą znajdziemy na każdym kroku w UK. Dobrze korzystało mi się z takiego wyciskanego opakowania, natomiast wściekły różowy kolor żelu raczej odpychał. Mimo, że nie używam naturalnych żeli pod prysznic, to kolor jakoś nie zachęcał mnie do używania.

Nivea, płyn do higieny intymnej- lubię za zapach i poręczne buteleczki. Swoje zadanie spełnia -oczyszcza i odświeża.

Wellness&Beauty - arganowy olejek do kąpieli- po tym jak marka zmieniła szatę graficzną, aż chce się sięgać po nowe produkty. Niestety zaczęłam od niewypału. Ani to nie zabarwia wody, ani nie dawało zbyt dużo piany, ani nie nawilżało. Jakieś oleje w składzie niby ma ale za SLS. Na szczęście była to jakaś edycja limitowana, więc już go nie dostaniecie, natomiast jego brata- olejku sezamowego używam aktualnie i jestem oczarowana!


Regenerum- regeneracyjne serum do włosów- bardzo rzadko sięgam po maski i odżywki do włosów. Ta niczym nie wyróżniała się z tłumu innych. Na początku trochę za wysoko ją nałożyłam i ...wieczorem musiałam ponownie myć głowę, tragedia. W dodatku nie mogłam jej zużyć, długo stała, w końcu goliłam na nią nogi. Nie nazwałabym tego 'serum', ot taka zwykła odżywka do włosów. 

Yves Rocher, płukanka octowa z malin- o płynie zawartym w tej przepięknej buteleczce chciałam napisać osobny post, ale tak naprawdę, mimo że zużyłam całe opakowanie, nie mam o niej zdania. W przypadku odżywki mogę powiedzieć, że fajnie wygładza włosy, a po zastosowaniu są one błyszczące i coś tam jeszcze... Natomiast płukanka odżywką nie jest. Jedynym jej zadaniem jest zamykanie łusek włosów, co ciężko mi ocenić, bez badań struktury włosa. Nie mniej, jej zapach jest tak przyjemny, że chętnie kupię ją ponownie.Wydawało mi się, że stosując ją na całe włosy, nie będzie wydajna, ale pozytywnie się zaskoczyłam i starczyła mi na jakieś 15 razy. Minusem może być cena- 25 złotych, a że należy do kosmetyków oznaczonych zielonym punktem, nie obowiązuje na nią większość promocji.

Fitomed, krem półtłusty tradycyjny- bardzo fajny produkt, o naturalnym składzie. Odsyłam do posta, gdzie pisałam o nim recenzję. Gdyby nie chęć próbowania innych kremów, wróciłabym do niego ponownie.

Jest i jeden produkt z kolorówki, hura! Tusz do rzęs Max Factor Masterpiece Max. Nie wiem, czy trafiłam na jakiś otwierany w sklepie egzemplarz, czy co, że bardzo szybko zgęstniał i zmienił swoje właściwości, zostawiał na rzęsach grudki, czego nie znoszę. Szczoteczka była fajna. Jeśli miałyście to dajcie znać, czy to normalne że tak szybko gęstnieje?

Krem pod oczy Ziaja- po krem pod oczy też nie sięgam codziennie, raczej sporadycznie, bo nie mam problemów z tą okolicą. Obietnic producenta o niwelowaniu cieni nie spełnia, ale poza tym sympatycznie. 

No i o propolisowej paście do zębów też pisałam posta. Jeśli szukacie past bez dodatku fluoru to polecam!

Na zdjęcia nie załapała się jedynie ogromna (1,5l) butelka płynu do kąpieli z Be beauty, wersja oliwka i buriti. Pianę robił, ale chyba zrobiłam się teraz bardziej wymagająca i chciałabym, żeby moje ciało było pielęgnowane nawet w kąpieli, no albo chociaż, żeby mi ładnie pachniał w łazience.

I to byłoby na tyle, dajcie znać, których produktów z mojej listy zdenkowanych używaliście i czy macie podobne przemyślenia do moich.

Pozdrawiam,
Milka;)

wtorek, 3 czerwca 2014

Kolorowe majowe denko :)



Aż się boję, co może pomyśleć o mnie człowiek, który czyta mój projekt denko. Że ta nie robi nic innego, tylko przesiaduje w łazience i się maluje. Uwierzcie, że nie mam problemu z wyjściem z domu bez makijażu i czasami mi się to zdarza. Po prostu dzięki temu, że zaczęłam prowadzić bloga, zmusiłam się do przeglądnięcia swoich kosmetyków i do zużywania tych, które już się kończą lub którym kończy się termin ważności. Jak widać dobrze mi idzie. 
Wczoraj mogliście zobaczyć część pielęgnacyjną, jeśli jeszcze jej nie widzieliście to zapraszam tutaj.
A dziś pokażę kolorówkę, która wylądowała w koszu w maju.


1. Krem BB, Garnier w odcieniu Light.
Nie rozumiem fenomenu tego typu produktów. Ni to krem, bo kiepsko nawilża, ni to podkład, bo słabo kryje. Kupiłam z ciekawości, użyłam kilka razy, potem leżał. W zeszłe wakacje używałam go do robienia 'samorobnych rajstop' (z podkładu, balsamu i kremu BB) i smarowałam tym nogi przed większymi imprezami. Od zeszłych wakacji go nie ruszałam, choć zostało jeszcze pół opakowania. Fajny produkt jeśli chce się go stosować do wyrównania kolorytu nóg, nawet solo, poza tym zastosowania nie widzę.
Termin przydatności po otwarciu zmusił mnie do wyrzucenia tubki.

2. Róż Inglot.
Wydaje mi się, że to odcień 82. Napisy trzymają się dobrze, ale to, co najważniejsze, czyli oznaczenie odcienia, się starło. Uwielbiałam ten kolor, jak widać wykończyłam w 99%. Był to piękny, brudny róż, raczej z tych chłodnych. Idealny na co dzień. Niestety mam zastrzeżenia, co do długości utrzymywania się na skórze. Całego dnia to on nie wytrzyma, ale ogólnie przyjemny produkt.

3. Puder rozświetlający Wibo. 
Kolejna rzecz znaleziona podczas porządków w łazience. Musiałam go kiedyś kupić szukając taniego pudru w kompakcie i przez przypadek wzięłam rozświetlający. Nie mniej chyba go lubiłam, bo zużycie spore. Użyłam na ręku i na prawdę ładnie się prezentuje. Specjalnie wybrałam się do Rossmana i zobaczyłam czy mają teraz jakiś odpowiednik. Znalazłam w firmie Lovely, a to w końcu jeden producent. Nie kupiłam, bo mam w swojej kosmetyczce puder rozświetlający z Sephory i chętnie do niego wrócę, jak tylko wyjdzie słońce.


4. Błyszczyk do ust AA Love&kiss.
Również miałam go bardzo długo i lubiłam używać latem. Wszystkie napisy się zdarły, więc nie wiem co to za odcień. Miał w sobie pełno brokatu i działał chłodząco ( miał niby powiększać usta:). Teraz nie wyobrażam sobie, że miałabym używać produktu do ust, który ma w sobie brokat, a szkoda bo mam jeszcze jeden w innym odcieniu.

5. Eyeliner w pisaku Essence I love punk. 
Był to mój pierwszy czarny eye liner, kupiony dwa, czy trzy lata temu. Pochodzi chyba z jakiejś limitki. Użyłam go zaledwie parę razy, bo dopiero dużo później przekonałam się, że mogę od czasu do czasu zrobić sobie kreskę na powiece;) Obecnie służą mi do tego żelowe kredki, więc tego produktu nie potrzebuję. Poza tym w porównaniu do nich, ten ma bardzo słabo czarny odcień. Wyrzucam, bo skoro mam lepsze to do tego na pewno nie wrócę. No i na pewno jest już przeterminowany.

6. Cień do powiek Sephora w odcieniu universal beige. 
Kupiłam rok temu w maju i używałam namiętnie. Na powiece praktycznie nie było go widać, stosowałam więc do zagruntowania korektora pod oczami. Sprawdzał się rewelacyjnie. Cienie tej firmy są godne polecenia, ale szukałabym raczej wyjątkowych odcieni, bo 39 zł za jeden cień to dość wysoka cena.

7. Błyszczyk do ust Oriflame daydream.
Kolor był tak intensywny, że to raczej pomadka w płynie. To był mój pierwszy tego typu produkt, bo używałam raczej transparentnych pomadek, lub jedynie ochronnych sztyftów. Strasznie wydajny, tej zimy i jesieni używałam praktycznie non stop, żeby już się skończył. Opakowanie dwa razy odcinałam, żeby wydobyć produkt do końca. Był bardzo gęsty, nakładałam pędzelkiem, bo inaczej byłoby ciężko. Są już niedostępne w katalogu, więc też musiał być w moich zbiorach od dawna.


8. Patyczki do korekty makijażu Lilibe.
Z racji, że akurat skończyłam opakowanie, stwierdziłam, że pokażę Wam ten przydatny gadget. Mam długie rzęsy, często maluję je w pośpiechu i gdzieś się odbiją. Są świetne do szybkich poprawek makijażu, sprawdzą się także do korekty lakieru do paznokci. Wcześniej kupowałam odpowiednik w Sephorze (6zł za 30 patyczków), więc ucieszyłam się, że wypuścił je też Rossman (72 patyczki za niecałe 3zł, są dostępne tylko w większych Rossmanach). Dużo wygodniejsze niż tradycyjne 'patyczki do uszu'. Polecam!



W maju zużyłam też trzy produkty do paznokci:

1. Zmywacz Bourjous.
To moja trzecia butelka tego zmywacza i ostatnia. Lubiłam go, bo po prostu nie śmierdzi, tak jak niektóre produkty. Niestety, zaczął mi strasznie wysuszać płytkę. Została mi resztka i tak stał, więc stwierdziłam że muszę go wykończyć. Od razu po użyciu musiałam wcierać w paznokcie oliwkę, bo nie mogłam wytrzymać. W dodatku kosztuje jakieś 13 zł, więc nie mało.

2. Przyspieszacz wysychania lakieru Avon. 
Nie zauważyłam, żeby coś przyspieszał. Był strasznie tłusty, zwykle przy malowaniu paznokci coś czytam i wszystkie książki, czy wykłady miały na sobie tłuste plamy. Po zmywaczu Bourjous był fajny, ale nie warto zaprzątać sobie nim głowy. Kolejny produkt przy którym musiałam się zmuszać, by zużyć.

3. Lakier do paznokci Maybelline 
Piękny koralowy odcień, dostałam 2 lata temu na urodziny. Wtedy ten kolor był bardzo modny, więc używałam całe lato. Był ważny po otwarciu 24 miesiące, więc użyłam go teraz kilkakrotnie na paznokcie u stóp, gdzie również ładnie się prezentował. Została resztka, zgęstniał i ląduje w koszu.


Ostatnia zużyta rzecz, nie należy w sumie ani do pielęgnacji, ani do kolorówki. 
To woda perfumowana Beyonce heat. Bardzo, bardzo lubię ten zapach. Do tego stopnia, że  jesienią i zimą używałam praktycznie tylko jej. Rano wody perfumowanej, a w ciągu dnia dodatkowo spryskiwałam się mgiełką. Jeśli nie znacie tego zapachu to koniecznie zapoznajcie się z nim będąc w drogerii lub perfumerii.

I to tyle zużyć. Poszło mi bardzo dobrze.
Mam teraz trochę nauki, bo za 3 tygodnie obrona, ale mam nadzieję, że niedługo uda mi się jakiś post dla Was przygotować.

Pozdrawiam,
Milka;)