piątek, 3 kwietnia 2015

DENKO GIGANT | # 3/2015


Kiedy mój chłopak zobaczył pełną torbę pustych kosmetyków i dowiedział się, że to wszystko skończyłam w jednym miesiącu, stwierdził, że to więcej niż jego roczny przerób, nawet, jeśli by włączyć w to pastę do zębów i butów. Hahaha :D
Zapraszam Was na przegląd zużytych kosmetyków i tak, wszystkie, które dziś zobaczycie zdenkowałam w minionym miesiącu.



Na początek - kosmetyki kąpielowe, tych zawsze jest u mnie najwięcej. Zużyłam dwa płyny do kąpieli: Luksja i Bebeauty. Oba spełniały swoją funkcję, z tym że czekolada z pomarańczą jednak bardziej do mnie przemawiała oraz robiła większą pianę. Opakowanie jednak wygrywa w przypadku tego drugiego. W sumie nie mam dużych wymagań co do takich kosmetyków, ale szukam dalej czegoś fajniejszego.

Nie dziwią Was też chyba żele pod prysznic Isany, które uwielbiam za niską cenę i mnogość zapachów. W sumie do ciała zużyłam tylko truskawkową wersję i ubolewam, bo to edycja limitowana; a marakuję z kokosem przelałam kilka dni temu do dozownika na mydło w płynie. Niestety pachnie lepiej w butelce niż podczas użytkowania.


W kwestii szamponów totalną nowością był dla mnie atomus z nanosrebrem, nie ukrywam, że nazwa intryguje. Zawartość jednak była przeciętna, szampon był wodnisty, przez co niewydajny a zapach przypominał mi płyn z apteki na trądzik, który używałam jako trzynastolatka. Nie wzmagał przetłuszczania włosów, ale też nie przedłużał świeżości, ot taki zwyklaczek.

W przypadku Balea było podobnie, zapachy innych wersji bardziej przypadły mi do gustu. Działanie ok, cena niska, więc nie mam co narzekać.

Mały żel do higieny intymnej był mi potrzebny na podróż i z pomocą przyszła Joanna. Nie mam co do niego zastrzeżeń.



Z kolei długo utrzymujący się zapach papai w mydle w płynie - rewelacja. Jak będziecie za granicą zwróćcie uwagę na te niepozorne produkty.

Miniaturka maski Biovax spowodowała, że być może kiedyś skuszę się na duże opakowanie. Włosy po niej są miękkie i sypkie.

Na zdjęciu widzicie też pomadkę AA, którą zużywałam siedząc przy biurku. Dobrze nawilżała usta, ale była bardzo kremowa i jak tylko nakładałam więcej niż jedną warstwę, wyglądało jakbym na ustach miała krem Nivea. To dyskwalifikuje ją z listy dobrych pomadek.

Lakiery do paznokci Miss sporty bardzo lubię za cenę i mnogość kolorów. 031 to jasny, neutralny beż zmieszany z szarością. Pasuje do każdej stylizacji, a krycie uzyskujemy po 2-3 warstwach.


W kwestii pielęgnacji ciała nie ma dużo zużyć.
Dezodoranty w sprayu Dove należą do moich ulubionych, mają ładne zapachy i zwykle nawet przy dużym wysiłku nie zawodzą, więc na pewno kupię kolejne opakowanie. Za każdym razem zmieniam zapach, więc tak pewnie będzie i tym razem, chociaż do tego nie mam zastrzeżeń. Niestety Nivea nie spisała się tak dobrze, nie mam problemów z nadmierną potliwością, a ten i tak nie dawał rady. No ale potrzebne było mi coś małego do samolotu.

Masło do ciała Bielendy pochodzi jeszcze z czasu, kiedy dostępne były w Biedronce za kilka złotych. Jak na drogeryjny produkt ma dobry skład z masłem shea na czele. Zapach był świeży i orzeźwiający, nieco słodki, idealny na tę porę roku. Cenię też małe opakowania, które pozwalają szybko zużyć produkt. Generalnie wszystko na plus.



Zużyłam też rząd maluszków. 
Pierwsze od lewej, to błoto z Morza Martwego Organique. Używałam go głównie do twarzy, ale ciężko mi wyrobić sobie zdanie o tym produkcie. Na pewno ściąga i zmniejsza widoczność porów, jednak nie wiem czy je odblokowuje. Stosowałam dość nieregularnie, ale może kiedyś skuszę się ponownie.

Zmywacze Isana to hit wielu z Was, dla mnie strasznie śmierdzi i wysusza płytkę, także nie przepadam.

Hit na końcówki włosów, czyli Bioelixir Argan oil. W sumie skład to głównie silikony, zabezpieczające włosy przed działaniem czynników zewnętrznych, a ponieważ tego szukałam a nie tytułowego oleju arganowego, jestem zadowolona. Ładnie pachnie i jest taaak wydajny. Nie kupiłam ponownie tylko dlatego, że miałam ochotę na coś nowego.

O kremie do rąk Caudalie mogliście poczytać kilka dni temu, fajnie wrzucić go do torebki, jednak jakiś odżywczych czy regenerujących właściwości nie zaobserwowałam. Tak, żeby sobie doraźnie posmarować dłonie.

Do toniku z The Body Shop początkowo nie mogłam się przekonać, bo ma dziwną, gęstą, trochę żelową konsystencję, na koniec zmieniłam zdanie i się polubiliśmy. Warto wspomnieć, że dla mnie to on pachnie różami:)

Ostatnia, najbardziej urodziwa buteleczka to olejek do kąpieli Kneipp. Faktycznie natłuszcza skórę, pięknie pachnie (choć nie na tyle, by czuć go w całej łazience). Miniaturka kosztuje 6 zł i starczyła mi na dwa użycia.Nie wiem czy sięgnę po pełnowymiarowe opakowanie, bo jednak cena jest dość wysoka. Póki co, w kwietniu robię sobie przerwę od wszelkich płynów do kąpieli, więc na razie problemu nie mam.


I na koniec kilka próbek, o których warto wspomnieć. 
W glazurowanym jabłku z The Body Shop zakochałam się już jakiś czas temu, niestety ze względu że była to edycja świąteczna, nie jest już dostępny. Również dobre wrażenie w działaniu zrobił na mnie aloesowy krem na noc tej marki, szkoda, że nie pachnie tak jak inne produkty tej marki;)

Lushowa maseczka cupcake, mimo, że na twarzy nie wygląda dobrze, działa wyśmienicie. Jak będę miała okazję może kiedyś kupię, choć chyba wolę nawilżające maseczki.

Poszukiwania podkładu idealnego, nadal trwają, ale jednak nie będzie to Benefit Big easy, bo bardzo podkreśla suche skórki, czasami też ciastkuje na czole, a szkoda, bo poza tym wygląda naturalnie i jest lekki.

Wiecie, że podkład może bajecznie pachnieć? I taki jest nowy podkład z pipetką Diora, jednak jak mam zapłacić ponad 200 zł, mam też większe wymagania. Ten wygląda idealnie, ale tylko przez kilka godzin i to jakoś chyba nie do końca to, czego szukam.

I tak wygląda moje ogromne denko. Jak Wam poszło w tym miesiącu?

Chciałabym też podziękować Wam za udział w moim konkursie, teraz przed świętami mam ogrom pracy, mam jednak nadzieję, że jutro uda mi się przysiąść do komputera i wyniki pojawią się już jutro.

Milka;)