sobota, 7 listopada 2015

Denko października - m.in. Sylveco, Lush, MAC, Fitomed, Isana.


Po kilku naprawdę intensywnych dniach przychodzę do Was z denkiem października. Jeśli jesteście ciekawe, jakie zdanie mam o widocznych wyżej kosmetykach, zapraszam do czytania !

Wprowadziłam następujące oznaczenia przy nazwie produktów:
kolorem zielonym oznaczyłam kosmetyki, po które sięgnę ponownie,
kolorem żółtym typowe średniaki, do których może kiedyś wrócę,
kolorem czerwonym produkty, które się u mnie nie sprawdziły.





W kategorii kąpiel zużyłam:

1. Żel pod prysznic Isana, którego zapach w opakowaniu bardzo mi się podobał, niestety podczas użytkowania już nie. Była to limitka, której już raczej nie dostaniecie.

2. Żel pod prysznic i do kąpieli zupełnie nie znanej mi firmy, kupiłam w Rossmanie w jakiejś wyprzedaży poświątecznej ze względu na ładny koszyk prezentowy, w którym był umieszczony. Jednak jak już w domu zobaczyłam, że został wyprodukowany w Chinach, jakoś nie miałam ochoty go stosować. W końcu zużyłam jako płyn do kąpieli, który wystarczył na 3 razy.

3. Zapach żelu pod prysznic Le Petit Marseillais bardzo przypadł mi do gustu, znalazłam go w JoyBoxie. Akurat skończyło mi się mydło w płynie, więc przelałam go do dozownika, ale kiedyś kupię do mycia, bo zapach naprawdę przyjemny. 

4. Żel pod prysznic Be Beauty kupiłam, bo skusiła mnie zmiana opakowań i zapachów tej linii żeli. Był gęsty i wydajny, były w nim zatopione jakieś ultra delikatne drobinki peelingujące, ale jako peeling byłby za słaby.

5.  Płyn ginekologiczny do higieny intymnej Lactacyd, to dla mnie pozytywne zaskoczenie. Zaczęłam zwracać uwagę na skład tego typu produktów (z tego powodu jakiś czas temu zrezygnowałam ze standardowego Lactacydu), a ta wersja ma genialny, prosty i krótki skład z kwasem mlekowym na czwartym miejscu. Nie znajdziecie tam też SLES, a delikatniejszy glukozyd laurylowy i kokamidopropylobetainę. Polecam!


Również w wannie zużyłam:

1. Miniaturkę balsamu do ciała pod prysznic o zapachu masła kakaowego Nivea, jeśli pamiętacie to lubię mieć takie produkty, gdy się spieszę i to był chyba najlepszy z tych, które stosowałam do tej pory. Być może również ze względu na zapach.

2. Peeling do ciała mango&kokos z Wellness&Beauty polubiłam bardzo. To silny zdzierak, ale jego działanie jest łagodzone delikatną, olejową warstwą, w której zatopione są drobinki. Jednak uważajcie, jeśli chcecie go użyć po goleniu. Nie polecam, szczypie! Opakowanie bardzo ładne, ale niestety poprzez zawartość soli, metalowe części skorodowały i nie da się go użyć w innym celu. 

3. i 4, czyli duet do włosów od Isana. Skusiłam się, bo jest bardzo polecany na blogach, ale w moim odczuciu to średniaki. Co do szamponu to większych zastrzeżeń nie mam: myje, włosy są odbite od nasady, ale niestety dość mocno splątane. Natomiast odżywka jest wodnista i włosy, jeśli w ogóle, to wyglądają tylko minimalnie lepiej z nią, niż bez. Są miękkie, ale moje zazwyczaj takie są, więc generalnie zachwytów nie podzielam. Może kiedyś kupię ponownie szampon.  


Kosmetyki 1. i 2. to wyrzutki
Nie potrafiłam znaleźć zastosowania dla tej mgiełki do włosów. Jeśli muszę gdzieś wyjść na szybko, wolę zastosować suchy szampon, bo jego efekty widzę. Alkohol w składzie też nie zachęca. Leżała długo, czas się rozstać.
Podobnie multifunkcyjny krem BB z Under 20. Naczytałam się o nim wiele dobrego, ale chyba przypadkowo wzięłam za ciemny odcień, w dodatku jest po prostu pomarańczowy. Poza tym, zamiast podkładu się nie nadaje, pod niego również. Leżał, bo myślałam, że może chociaż zastosuję na nogi. Lato minęło, a ja po niego nie sięgnęłam. Nie lubię wyrzucać prawie pełnych produktów, ale jak widać czasami trzeba. 

3. Anida, krem do rąk i paznokci z woskiem pszczelim, alantoiną i olejkiem macadamia, to kolejny produkt zachwalany na blogach, który w moim mniemaniu okazał się przeciętny. Jest dość lejący, ale tani, więc można mu to wybaczyć. Ma dobry skład, więc jeśli go nie znacie i nie macie zbyt dużych problemów z dłońmi, to polecam, dla mnie jednak jest za słaby.

4. Za to różany płyn do twarzy od Fitomedu mogę polecić z czystym sumieniem. Również jest tani i ma dobry skład, a z działania byłam bardzo zadowolona. Najbardziej lubiłam psikać nim twarz rano, dla odświeżenia, wieczorem też zdarzało mi się go stosować, ale wtedy odkręcałam opakowanie i wylewałam go na płatek kosmetyczny. Latem lubiłam nim spryskać również szyję i dekolt, bo przynosiło to ukojenie w ciepłe dni. Polecam! Trafił nawet do ulubieńców, już dawno temu. I ten różany zapach!

5. Dezodorant w kremie od Garniera okazał się niezłym przyjemniaczkiem. W upały nie dawał rady, natomiast na zwykłe dni, szczególnie gdy nie byłam w biegu, czy teraz na początku jesieni, sprawdzał się bardzo dobrze. Zgadzam się z producentem, że dość szybko się wchłania i ładnie pachnie.


1. Krem pod oczy od Sylveco zachwycił mnie swoim składem, lekkością i tempem wchłaniania, ale ostrzegam, że akurat w tej materii jestem początkująca i nie mam dużych wymagań. Zapraszam do przeczytania recenzji.

2. Maść na spękane stopy Gehwol kupiłam z nadzieją, że rozprawi się z moim masakrycznym naskórkiem na piętach, którego dorobiłam się nosząc sandały. Produkt faktycznie działa, ale silnie natłuszcza, przez co jedyne sensowne zastosowanie to wmasowanie maści przed snem, kiedy już nie trzeba wstawać z łóżka. Chyba że chce się wytłuścić dywan i całą podłogę. Z tego powodu raczej będę wierna kremom do stóp.

3. O pomadce Maybelline That's mauvie od której właściwie zaczęła się moja miłość do kolorowych ust, mogliście poczytać w ostatnich ulubieńcach. Jednym słowem była: fenomenalna. W lepszym kolorze moich naturalnych ust. Niestety producent ją wycofał, a na szczęście ( i trochę niestety, bo szukałam ideału kupując w ciemno) kupiłam kilka pomadek w podobnym odcieniu i mam ją czym zastąpić.

4. O serum 4 long lashes też mogliście już czytać na blogu. Nie wystawiłam mu ostatecznej opinii, zostawiłam to Wam, ale jestem raczej na nie. Jeśli jednak stosujecie takie produkty, to proszę tylko o rozwagę i ostrożność, bo może być z tego powodu więcej kłopotów, niż to warte. U mnie skończyło się delikatnym podrażnieniem, bez konieczności wizyty u lekarza, ale słyszałam, że u innych bywa różnie. Jeśli chodzi o efekty, to niestety nic jej nie mogę zarzucić, rzęsy były zdecydowanie dłuższe i zaczyna mi tego efektu brakować.

5. Nie wiem jak to się stało, że korektor Pro Longwear, kilkakrotnie wspominany w ulubieńcach ,nie doczekał się osobnej recenzji. Myślę, że z czystym sercem mogę napisać, że na rynku, nie ma lepszego. Nie bójcie się również jego ceny, mi on starcza na pół roku, a nawet dłużej. To moje pierwsze zdenkowane opakowanie: NW20, czyli mój letni odcień. Na wykończeniu mam również NW15, który jest jeszcze za jasny, więc chwilowo stosuje coś innego, ale za M.A.C.iem już tęsknię. Nie ma tego złego, bo puste opakowanie przybliża mnie do darmowej pomadki :)

6.  Ostatnim produktem jest czyścik do twarzy Let the good times roll, który przywiozłam sobie w styczniu z Pragi. Wiem, że jest ważny przez krótki okres czasu, dlatego zamroziłam go i porcjami, co jakiś czas, wykładałam. (Podobnie zrobiłam z maseczką, jej jeszcze dwie porcje mam w zamrażarce). To naprawdę przyjemny, delikatny, naturalny kosmetyk, o cudownym, smakowitym zapachu. Nie wykluczam, że kiedyś z podróży przywiozę sobie go jeszcze raz, ale do jakiś niesamowitych fanek Lusha chyba zaliczyć się nie mogę, mimo że trochę żałuję, że tych kosmetyków nie dostaniemy w Polsce. 


Niestety wciąż mam olbrzymi zapas kosmetyków i mimo, że do śmieci ląduje 20 kolejnych opakowań, to mam wrażenie, że produktów prawie nie ubywa. Dajcie znać, jak Wasze denka! I czy szalejcie na promocji w Rossmanie :)

Kamila