Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balsam do ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balsam do ciała. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 marca 2015

SMOKY POPPY - limitowana edycja The Body Shop

Już kilkakrotnie wspominałam, że bardzo lubię kosmetyki The Body Shop. Mają niezłe składy i przepiękne zapachy. Zresztą z tego drugiego ten sklep słynie. Mam swoje ulubione zapachy (choć marzy mi się, żeby wprowadzili słodką, letnią poziomkę) i sądziłam, że już niczym mnie nie zdziwią. Luty pokazał w jak wielkim byłam błędzie.



niedziela, 8 lutego 2015

Intra - FIORE DI ROSA | balsam do ciała


Jeśli pamiętacie, niedawno przedstawiałam Wam recenzję masła The Body Shop, a już kończy mi się kolejny kosmetyk do ciała. W ramach minimalizowania ilości zapasów, zanim zacznę opakowanie jakiegoś produktu, najpierw kończę te pootwierane. Balsam Fiore di Rosa kupiłam jeszcze w wakacje, ze względu na niesamowicie przyjemy zapach (o dziwo, w drogerii dostępny był tester!). Zostało mi niewiele produktu i zamierzam je szybko zdenkować, bo kończy się jego data ważności po otwarciu. Nigdzie w sieci nie znalazłam jego recenzji, więc zapraszam do przeczytania mojej opinii o tym balsamie.

piątek, 23 stycznia 2015

Brzoskwiniowe przetwory od The Body Shop.

Mam wrażenie, że masła z The Body Shop to jedne z najbardziej kontrowersyjnych produktów w blogosferze. Mają tylu zwolenników, co przeciwników. Miałam przyjemność testować już kilka wersji zapachowych i zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy. Zupełnie nie wiem więc, dlaczego dopiero teraz mają one swoją premierę u mnie na blogu. Właśnie kończę brzoskwiniowe i to o nim napiszę kilka słów.


The Body Shop lubię nie tylko za wysoką jakość oferowanych produktów. Nie ma co się oszukiwać, jestem pedantką. Podoba mi się porządek, jaki panuje w tym sklepie. Kosmetyki są poukładane kolorystycznie (a właściwie zapachowo:), a wszystko równiutko poukładane. W dodatku przy każdym produkcie stoi tester, więc bez problemu znajdziemy odpowiadający nam zapach.

Wybrałam brzoskwiniowe, bo akurat, kiedy kupowałam, najbardziej przypadło mi do gustu. Choć nie był to łatwy wybór :) Przed zakupem warto wiedzieć, że zapach ten jest intensywny i długo utrzymuje się na skórze. Ci, którzy nie przepadają za silnie perfumowanymi balsamami do ciała, nie powinni sięgać po masła z TBS. Nie odważyłabym się stosowania go na całe ciało na dzień, bo zapach ten może kłócić się z perfumami.  


Opakowanie jest solidne, plastikowe, o przyjemnym dla oka, pastelowym kolorze. Zastosowanie zakręcanego pudełka to dobry pomysł, ponieważ balsam jest bardzo gęsty. Inaczej moglibyśmy mieć problem z wydobyciem produktu. W kontakcie ze skórą topi się i dość łatwo rozsmarowuje. Po zużyciu połowy przestało być takie twarde, wydaje mi się, że jest to właśnie spowodowane tym, że często zanurzałam w nim swoje dłonie.


Poprzez swoją konsystencję dość długo się wchłania, czuć też tłustawą powłoczkę na skórze. Z tego powodu stosuję go jedynie na noc. Nakładam na łydki i najbardziej suche miejsca (łokcie, kolana). Gdy budzę się rano nie czuję potrzeby ponownego balsamowania, ewentualnie zdarza mi się użyć takiego pod prysznic. Także nawilża długotrwale.


Składy maseł różnią się od siebie. Brzoskwiniowe jest dedykowane osobom o skórze suchej i bardzo suchej, więc na początku znajdziemy masło kakaowe, masło shea, glicerynę, trochę dalej olej z brzoskwini i wosk pszczeli. Skład nie jest stuprocentowo naturalny, ale mnie zadowala;)

Myślę, że niektórych odstrasza ich regularna cena (69zł/200ml). Uważam, że jest trochę przesadzona, natomiast bardzo często możemy natrafić na promocję, czy sezonowe wyprzedaże i wtedy się w nie zaopatruję. Za to zapłaciłam 39 zł, więc prawie połowę i za taką cenę polecam je wypróbować. Albo i nie, bo przepadniecie, jak ja;)

Znacie masła The Body Shop? Jaki jest Wasz ulubiony zapach? Polecam jeszcze jagodę, papaję i arganowe.

Buziaki,
Milka;)

czwartek, 29 maja 2014

Ulubieńcy maja 2014 !

Witajcie !




Ani razu nie pokazywałam Wam na blogu moich ulubieńców! Czekałam z tym postem na jakieś wyjątkowe kosmetyki, które przełamią moją pielęgnacyjną lub kolorówkową rutynę. I są ! Ogrom promocji, które zaserwował nam maj sprawiły, że wiele nowych, ciekawych produktów wpadło w moje ręce. Części z nich jeszcze nie miałam okazji przetestować, część z nich polubiłam, ale dziś wybrałam dla Was złotą szóstkę, która w tym miesiącu spisała się rewelacyjnie! Akurat większości używam od niedawna, więc na recenzję po dłuższym użytkowaniu przyjdzie jeszcze pora, ale używam ich na tyle długo, że mogę Wam je polecić ! Są warte przetestowania!



1.

Lirene - Żel + oliwka pod prysznic o zapachu bawełny.

To żel o niesamowicie delikatnej konsystencji.  Nie zapewnia nawilżenia na tyle, żeby zrezygnować z balsamu, ale zdecydowanie widać różnicę w porównaniu do zwykłych żeli. Ponadto niespotykany, świeży zapach. Jeśli nie wiecie jak pachnie bawełna, koniecznie spróbujcie tego żelu! Szukałam, czy jakieś jeszcze firmy oferują 'bawełniane' kosmetyki i znalazłam jedynie Bath&Body Works. Jak tylko będę w Warszawie na pewno tam zajrzę.

2.



Fitomed - różany płyn do twarzy.

Zakupiłam go w małym, zielarskim sklepiku w Sopocie, szukając różanego hydrolatu. Był jedynie płyn z 20% zawartością wody z róży. Zrobił prawdziwą furorę w ciepłe dni. Dzięki buteleczce z pompką można go zabrać do torebki i spryskać się w ciągu dnia dla ochłody. Zapach jest niesamowity i w sumie to przeważyło, że w maju zastąpiłam wodę termalną właśnie nim. Starczy na bardzo długo, bo używam, używam, a zużycia praktycznie nie widać. Polecam stosowanie również jako tonik (chociaż wtedy radziłabym poszukać wody w tradycyjnym opakowaniu, bo łatwiej wylać ją na wacik). Jeśli nigdy nie używaliście wody różanej to koniecznie poszukajcie jej w sklepach! Dla tych, którzy za zapachem róży nie przepadają (naprawdę są tacy!?) powiem, że Fitomed oferuje także wodę lawendową i neroli. Zapłaciłam niecałe 17zł, jednak sugerowana cena producenta to 12. Więcej o produkcie możecie poczytać tu.



3. 

Bielenda - Masło do ciała papaja. 

To efekt zakupów w Biedronce;) Za 100 ml zapłaciłam jedynie 6 zł. Ostatnio ciągle narzekałam na wszystkie mleczka i balsamy. Kupowałam coraz to lepsze, jednak efektów na mojej suchej skórze nie było widać. Tak się cieszę że kupiłam to niepozorne masło! Kusi zapachem (jak powąchałam, to aż wróciłam po peeling z tej serii), a i działanie jest dużo lepsze niż balsamów. Gęsta konsystencja sprawia, że nie trzeba go dużo nabierać, a efekt nawilżenia długo się utrzymuje. Fanki dobrych składów też będą zadowolone. Na drugim miejscu, tuż po wodzie mamy masło Shea. 
Podsumowując: dobre masło za niewielkie pieniądze, mnie dodatkowo cieszy fakt, że są dostępne w tak małym opakowaniu.


4.


Biedronka - Szczoteczka do twarzy. 

Wiele razy będąc w Sephorze dotykałam osławionego Clarisonica. Jednak taka szczoteczka to kolejny gadget w pielęgnacji i raczej nie warty wydania na niego 600zł. Jak dowiedziałam się, że w Biedronce będzie dostępna wersja budżetowa za 20 zł (czyli mniej niż wymienna szczoteczka Clarisonic) to nie wahałam się ani chwili i w dniu, w którym miała się pojawić obeszłam kilka Biedronek, aż wpadła w moje ręce. Zapakowana w solidne opakowanie, w pięknym jasnofioletowym kolorze. Kupowałam z myślą o szczoteczkowej końcówce, jednak bałam się że nie będzie wystarczająco delikatna, by stosować ją do twarzy. Nic bardziej mylnego, stosuję ją nawet na drugiej prędkości. Taka szczoteczka w połączeniu ze zwykłym żelem zastępuje nam peeling i zapewnia maksymalne oczyszczenie twarzy. Mam wrażenie, ze moje policzki aż skrzypią ;) Używam jej z przyjemnością co kilka dni, a moja dotychczasowa szczoteczka manualna poszła w odstawkę. Niesamowite zaskoczenie, że tani produkt okazał się tak dobry. Chyba największy ulubieniec z całej genialnej szóstki!




5.


Artdeco - Baza pod cienie do powiek. 

To już kultowy produkt, ponoć najlepsza baza dostępna w Polsce. Nigdy nie potrzebowałam tego kosmetyku, bo na powieki używałam tego samego korektora, co pod oczy i nie miałam problemów z utrzymywaniem się cieni. Poza tym używam ich naprawdę rzadko. Jednak zmieniłam korektor na lepiej kryjący. Jestem z niego zadowolona, ale na powiekę zupełnie się nie nadaje. Roluje się nawet solo! To samo robi w połączeniu z nawet najlepszym cieniem (aaa dostałam na urodziny cienie z MAC!:).
Kupiłam więc tę osławioną bazę i problemy się skończyły. Jest zamknięta w zgrabnym słoiczku i chyba nie uda mi się jej zużyć w przeciągu roku. Zapłaciłam 37 zł w Douglasie.



6.

Sally Hansen - Instant cuticle remover.

Jest to żel ułatwiający usuwanie skórek. Moim paznokciom jeszcze daleko do idealności, wciąż się rozdwajają i łamią, ale chociaż dochodzę powoli do ładu ze skórkami. Właśnie dzięki niemu! Producent sugeruje, żeby nałożyć go na 15 sekund. Trochę przesadził, potrzebuję jakiś 2 minut, potem odsuwam je drewnianym patyczkiem i paznokcie od razu wyglądają lepiej. Większość skórek po prostu znika, żel je rozpuszcza. Małe cudeńko! Warto wypróbować, kosztuje ok. 25 zł. Mi na szczęście udało się go nabyć na ostatniej promocji w Rossmanie.

I to tyle. Wybrałam te produkty, które naprawdę zmieniły moją pielęgnację i pozwoliły uporać się z problemami. Każdy z nich szczerze Wam polecam. Znacie te produkty? A może u Was się zupełnie nie sprawdziły?

Pozdrawiam, 
Milka:) 


środa, 28 maja 2014

Zakupy w Organique, czyli Haul #3/2014


Dziś zapraszam na kolejny post potwierdzający, że dziewczyny kochają zakupy! :)
Kiedyś wspomniałam Wam, że jestem szczęściarą, bo nie mam wrażliwej skóry i praktycznie nigdy nie miałam uczulenia po jakimś kosmetyku. Jednak jak to mówią, zawsze musi być ten pierwszy raz. Dostałam paskudnych czerwonych, swędzących plam na szyi, zupełnie nie wiem od czego. Pani dermatolog powiedziała, że wygląda to na uczulenie kontaktowe, bardziej od jakiegoś szala niż kosmetyku, ale powiedziałam sobie dość. Jestem chemikiem, więc czas wykorzystać moją umiejętność czytania składów i  wybierać lepsze produkty. Oczywiście z dnia na dzień nie porzucę kosmetyków drogeryjnych, bo do niektórych jestem bardzo przywiązana, ale stwierdziłam że to najlepszy czas na wypróbowanie kilku rzeczy, o których myślałam od jakiegoś czasu. Odwiedziłam sklep, który bardzo lubię, czyli Organique. Jeśli jesteście ciekawi, co kupiłam zapraszam do dalszej części posta.