poniedziałek, 21 grudnia 2015

DENKO | ESTEE LAUDER, ARTDECO, DOVE, SYLVECO, EOS

Nie planowałam osobnego posta z listopadowym denkiem, bo opakowań jest stosunkowo niewiele. Jednak grudniowa torba zaczęła mi się zapełniać w trybie tak ekspresowym, że zrobiłam na szybko zdjęcia listopadowych zużyć i publikuję je właśnie dziś. Zapraszam na garść minirecenzji.

Tym razem zaczniemy od kolorówki, bo mam tu kilka ciekawych zużyć. 

Skończyłam maskarę Estee lauder Sumptous Infinite, która dodaje objętości rzęsom. Delikatnie je wydłuża i mocno pogrubia. Zwykle szukałam tych wydłużających tuszy, ale albo był to błąd, albo znalazłam godną swojej ceny maskarę. Tę miniaturkę dorwałam kiedyś podczas zakupów w Sephorze, na szczęście w listopadzie była również dostępna w perfumerii Douglas, w komplecie z czarną kredką, więc mam zapas :) W ogóle polecam kupowanie miniatur luksusowych tuszy, bo jest to bardziej opłacalne niż zakup pełnowymiarowego opakowania. 

Drugim produktem jest baza pod cienie Artdeco, która u mnie sprawdza się wyśmienicie. Jedynie żałuję, że nie wyrównuje kolorytu powieki. Nie da się jej chyba zużyć w całości, szczególnie, że po pewnym czasie gęstnieje, staje się gumiasta i jej używanie nie jest przyjemne. Pewnie jeszcze bym jej używała, ale podobnie skorzystałam z oferty miesiąca w Douglasie i wymieniłam na lepszy model :)

Od jakiegoś czasu testuję również miniatury trzech kroków Clinique. Do zakupów dostałam też próbki innych produktów. Używam większego opakowania DDMG, ale jakoś mnie do siebie nie przekonuje. Bardziej przemawia do mnie DDML, który widzicie na zdjęciu, jako serum pod krem. Najlepiej sprawdził się jednak krem. Mimo wszystko, chyba nie skuszę się na zakup pełnowymiarowych butelek.

Ostatnia na zdjęciu jest gąbeczka do nakładania podkładu Ebelin z drogerii DM. Był to pierwszy tego typu produkt u mnie i przez nią nie polubiłam tego sposobu aplikacji. Była twarda, chłonęła sporo podkładu, ale jak już chciało mi się nią bawić, efekt był zadowalający. Ciężko było ją domyć i na zdjęciu widzicie, że jest już mocno brudna, a używałam jej stosunkowo rzadko. Na szczęście jest niedroga, więc każdy może ją wypróbować na własnej skórze.  



Z zapasów wyciągnęłam żel pod prysznic Dove o zapachu, którego wcześniej nie miałam, czyli śliwka i kwiat wiśni. O rety! Zdążyłam zapomnieć, jak lubię te żele. Za delikatny, subtelny zapach, kremowość, nie wysuszanie skóry. Na pewno kupię ponownie, jak tylko wygrzebię się z zapasów.

ulubieńcach stycznia zachwalałam inną wersję płynu micelarnego Mixy, którą polubiłam tak bardzo, że pobiegłam po większe opakowanie. Niestety, wersja przeciw przesuszaniu jest nieco mniej skuteczna niż optymalna tolerancja. Nie zrozumcie mnie źle, to wciąż dobry micel, który nie podrażnia oczu, jest niedrogi i daje radę, ale po prostu są lepsze.

Po długim czasie skusiłam się na zakup pianki do golenia (jeśli kupuję coś specjalnie przeznaczonego do tego celu, wybieram żele). Isana jednak skusiła mnie zapachem zielonego jabłuszka. Przyjemnie się jej używało i byłam zdziwiona dobą wydajnością. Teraz już jej chyba nie dorwiecie, a standardowych pianek i żeli Isana, chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. 


Mam nadzieję, że wśród czytelników mojego bloga nie ma osoby, która nie zna marki Sylveco :)

Tym razem zużyłam łagodny żel do higieny intymnej, który mimo małego opakowania starczył mi na ponad miesiąc. Prosty, krótki skład, higieniczne opakowanie z pompką sprawiły, że się z tym myjadłem polubiłam i pewnie niedługo do niego wrócę. 

Pomadka z peelingiem, czyli chyba najbardziej znany produkt marki, sprawdziła się również i u mnie. Po delikatnym peelingu usta od razu były nawilżone, nie wymagały użycia kolejnego produktu. Jeśli jakimś cudem jeszcze jej nie znacie, szukajcie w małych, osiedlowych sklepikach ze zdrową żywnością lub w internecie.

Nieco zawiodłam się za to na kremie brzozowo-rokitnikowym. Niby fajnie, że cały skład oparty jest na olejach, jednak dla mnie konsystencją przypomina on bardziej maść niż krem. Długo się wchłania, powoduje błyszczenie twarzy, więc jeśli już to nakładajcie go na noc. Może polubią go posiadaczki ekstremalnie suchej skóry, bo na mojej cerze nie zdał egzaminu. Kilka miesięcy leżał otwarty (mimo że data ważności jeszcze jest ok) i diametralnie zmienił swój zapach, tak, że nawet nie chciałam wykończyć go do stóp. Szkoda, bo nie lubię wyrzucać kosmetyków, ale z drugiej strony to potwierdza, że w produktach nie wiele chemii.


Produkty marki EOS ciekawiły mnie od dłuższego czasu, pewnie poprzez trudną dostępność w Polsce i popularność na youtube. Tak jak balsam do ust nie zachwycił mnie zupełnie, tak krem jest godny polecenia. Zapachy są niesamowite, nawilżenie dogłębne, co przy szybkiej wchłanialności rzadko spotykane. Kupiłam go będąc w Krakowie w Drogerii Pigment i od tamtej pory nosiłam w torebce. Nie planowałam tak szybkiego powrotu, ponieważ kosztował 24 zł. Na co dzień wolę coś tańszego lub dołożyć do kremu L'occitane, który ma bogatszą konsystencję, ale zamawiając coś na Allegro zauważyłam, że sprzedawca ma również te kremy za 15 zł. Tym sposobem mam kolejny egzemplarz.



Na koniec jeszcze maseczka, o której więcej mogliście przeczytać w poprzednim poście. Jest fajną alternatywą dla tych, którzy nie lubią się bawić z rozrabianiem glinek.

Krem do rąk The Body Shop, o którym również pisałam post, więc nie ma sensu się powtarzać. Chętnych odsyłam do linka :)

Z tego sklepu również wyłożyłam na umywalkę mydełko w kostce, o zapachu kokosowym, które przez pierwsze dni używania tak pachniało, że czuć je było w całej łazience. Mimo, że nie przypomina miękkością kostek Dove, ma w sobie coś z ich kremowości, tak więc jestem zadowolona. Nie przesusza dłoni.

Ostatnią rzeczą jest próbka perfum Alien, którą już któryś raz otrzymałam do zakupów. Zapach jest ciężki, ale przemawia do mnie i mam ochotę kiedyś go sobie sprawić.


Jak Wasze przygotowania do świąt? Już posprzątane? Puste opakowania wyrzucone?

Pozdrawiam,
Milka;)