piątek, 2 maja 2014

Ogromne, kwietniowe, pielęgnacyjne Denko # 2/2014

Przełom starego i nowego miesiąca to czas na podsumowanie zużyć. Lubię projekty denko, bo uczą mnie kontroli nad moimi zbiorami, widzę ile czego zużywam, wracam do zapomnianych kosmetyków i dbam o to, by nic się nie marnowało.
Lubię je też za to, że można w nich zobaczyć kosmetyki, o których nie mam zbyt dużo do powiedzenia- nie zachwyciły mnie na tyle, by zasługiwać na osobną recenzję, ale i nie były wyjątkowo kiepskie.

W kwietniu przeszłam samą siebie. Gdybym nie gromadziła pustych opakowań, chyba bym nie uwierzyła, że tyle tego było.
Jeśli tak jak ja lubicie takie posty, zapraszam! 



Żeby jakoś sprawniej to poszło, to może tak tematycznie. Zacznijmy od kąpieli:



Żele pod prysznic:

Aż 4 butelki, jednak spokojnie, Palmolive skończyłam pierwszego czy drugiego dnia miesiąca, Nivea'i zużyłam 1/3(po rodzince;), a peeling zużywałam opornie, chyba z 3 miesiące, więc podstawą w kwietniu był żel Isany.

1. i 2. O tych żelach pisałam TUTAJ, nie mam nic do dodania. Świeże, owocowe zapachy. Jeśli chodzi o Isanę to już zaopatrzyłam się w kolejną butelkę.

3. Na opakowaniu jest napisane, że to żel pod prysznic, ale to typowy peeling. Zapach jest intensywny, dość chemiczny, ale znośny, idzie się przyzwyczaić i polubić. Używałam go bardzo długo, bo rzadko sięgam po peelingi, właściwie tylko przed depilacją, na łydki, jeśli akurat sobie przypomnę. Warto skoczyć do Biedronki i wypróbować, jeśli jeszcze go nie znacie.

4. Palmolive mleko i miód. Kiedyś miałam mniejsze opakowanie i mam wrażenie, że był gęściejszy i treściwszy, nie wiem, czy to możliwe. Zapach jednak ten sam, przyjemny dla nosa.


Płyny do kąpieli Marks&Spencer 

I to aż dwie butelki! 
Cudowny kokosowy zapach, uwielbiam! Fajnie zmiękczały wodę, były też całkiem wydajne, dobrze się pieniły. Jeden był perłowy, drugi przezroczysty, jednak podczas użytkowania nie zauważyłam żadnej różnicy. Myślałam też że mają identyczne butelki, jednak teraz patrząc na zdjęcie widzę, że obrazki są symetryczne i jeden jest 'cream bath' a drugi 'foam bath'. Ogólnie -same plusy, butelka bardzo mi się podoba, produkt dobrze spełnia swoje przeznaczenie. Dorwałam je na promocji za 6 zł/butelkę, normalnie kosztują ponad 2 razy drożej.
Zwykle nie sięgam po kosmetyki z sieciówek, jednak w M&S bywam czasami na dziale spożywczym i wtedy zawsze przeglądam resztę asortymentu. 
Powiem Wam, że używałam też ich balsamów czy kremów do rąk i zawsze byłam zadowolona. Szczególnie upodobałam sobie wersję różaną, zapach wymiata! 


Pielęgnacja włosów:

Chyba nikogo nie powinno dziwić, że zużyłam kolejną butelkę szamponu. Ten akurat kupiłam podczas zakupów spożywczych w Carrefourze, za około 5zł. Dobrze oczyszczał, ale to oczywiste, bo zawiera SLES, zapach przyjemny, nie obciążał włosów, nie mam się do czego przyczepić.

Biosilk, jedwab. Typowe silikonowe serum, którego używam od czasu, do czasu, na puszące końcówki. Moje włosy je lubią, zapach także mi odpowiada. I nigdy, przenigdy nie miałam bardziej wydajnego produktu! Fakt, nie używam regularnie, ale ta buteleczka stała chyba z pół roku. Nie była to pierwsza, nie będzie też ostatnią zużytą.


Płyn do higieny intymnej Facelle:

Co prawda SLSy mi nie straszne, ale jak ostatnio przyjrzałam się składom płynów do higieny intymnej w Rossmanie to tylko Facelle i AA My first Intima (dla dzieci od 1 roku życia!) nie miały tej dość drażniącej substancji, która u niektórych powoduje alergie.
Używałam go do celów, jakim jest przeznaczony, ale z takim składem to się nie dziwię, że dziewczyny używają go do mycia twarzy i dodają do szamponów. 
I rzecz za którą jestem chyba najbardziej wdzięczna blogom i moim studiom- to że zaczęłam czytać składy, mimo że moja skóra raczej do problematycznych nie należy. Więc o co chodzi? Po prostu nigdy nie sięgnęłabym po Facelle czy Isanę, bo sądziłam że tanie produkty, nie mogą być dobre. Jak bardzo się myliłam! Teraz nadrabiam zaległości i testuje namiętnie marki własne Rossmana. Kiedyś używałam wyłącznie Lactacydu, teraz wiem, że niepotrzebnie. Jeśli macie ochotę to mogę Wam porównać ich składy, już teraz mogę powiedzieć, że Facelle wygra ten pojedynek.


Kremowanie, balsamowanie, wcieranie:)

1. Krem do stóp z łojem jelenia FUSS WOHL. Kolejna marka własna Rossmana, robiąca rewelacyjne kosmetyki. Gęsty, treściwy krem, dobrze robił moim suchym, zmęczonym stopom. Teraz zakupiłam wersję z mocznikiem, bo jednak ten łój jelenia trochę mnie przeraża.

2. Krem do twarzy DERMEDIC HYDRAIN2 to krem, który dosłownie zranił moje uczucia i złamał serce. Zapakowany jest w ładny słoiczek, ma absolutnie najpiękniejszy zapach ze wszystkich kremów do twarzy, jakie miałam w życiu! Konsystencja gęsta, przez co był wydajny, szybko się wchłaniał i dobrze nawilżał. Myślałam, że to będzie krem idealny. Ale to, co zrobił z moją cerą to jakaś masakra! Nigdy nie byłam wrażliwa na parafinę, czy inne zapychające składniki, więc nie zwracałam szczególnej uwagi na to, co biorę. Po zużyciu połowy słoiczka stwierdziłam, ze wysyp grudek na mojej twarzy, to jego wina i z bólem serca odstawiłam. Resztę zużyłam na szyję i do rąk. I gdybym miała mniej wymagające dłonie, to naprawdę kupiłabym go ponownie, dla tego zapachu, jednak dla moich dłoni to za mało. 
Śmieszy mnie także, jak widzę go w Super-Pharm z naklejką 'hit cenowy - 39,90'. Kupiłam go kiedyś spontanicznie, za 10 zł, bo mój rachunek przekroczył 35zł i mogłam skorzystać z oferty specjalnej.


3. Mleczko do ciała - Garnier. Wróciłam do niego po niemalże dekadzie. Pierwszym moim balsamem w życiu, był właśnie Garnier, tyle że wersja różowa. Przyjemna formuła, szybko się wchłania, pięknie i delikatnie pachnie. Wydaje mi się, że produkt przez te lata się nie zmienił, jednak po latach, moja skóra stała się bardziej wymagająca. Balsamów używam regularnie dopiero od tegorocznej zimy, wcześniej nie miałam potrzeby. Teraz moja skóra jest bardzo sucha i ten produkt to za mało. Mam też zastrzeżenie co do wydajności. Kupiłam opakowanie 400ml, a potem plułam sobie w brodę, że starczy mi chyba na dwa lata, zostanie połowa i wyrzucę. Mogłam przecież kupić mniejsze opakowanie. Butelkę zużyłam jednak w półtorej miesiąca, może nawet krócej, nie pamiętam dokładnie.



Demakijaż:

Prezentuję same miniaturki. Od ponad miesiąca używam micela z Garniera i wciąż jest pół butelki. Jednak musiałam skończyć płyn do demakijażu Rival de Loop, żeby się nie przeterminował. Miałam go w kosmetyczce, obok patyczków i służył mi do szybkich poprawek, np. jeśli odbił mi się tusz. Za to maleństwo płacimy 3zł w Rossmanie. Duża butelka kosztuje chyba z 5zł i kiedyś na pewno się skuszę, bo dobrze radzi sobie z makijażem, nie podrażnia oczu, nie zawiera silikonów czy parabenów. Jest to produkt wegański.

Biodermy nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Dostałam końcówkę malej butelki od koleżanki do wypróbowania. Nie wiedziałam że ma ona tak ładny zapach! Makijaż również zmywa przyzwoicie, jednak nie wiem czy skuszę się na zakup. Mam dobre odpowiedniki, dużo tańsze, a że moje oczy nie są wrażliwe to chyba nie ma co przepłacać. Chociaż kusi!



Pielęgnacja paznokci:

1. Zmywacz Sally Hansen- wzmacniający, do łamliwych paznokci. Markę lubię, butla była duża, więc wrzuciłam do koszyka. W życiu bym nie pomyślała, że nadal produkują acetonowe zmywacze! W dodatku wylewa się go z ogromnej dziurki. Choć dobrze zmywał lakier, nie śmierdział zbyt mocno, nie wrócę do niego, bo nie chcę używać acetonu.

2. Odżywka Eveline SOS do kruchych i łamliwych paznokci.
Nigdy nie udało mi się żadnego lakieru zużyć do takiego stopnia, tę wygrzebałam prawie do samego dna! To znaczy, że bardzo się polubiłyśmy! 
Tak, wiem, wyżej narzekam na aceton, ta posiada formaldehyd, czyli coś jeszcze gorszego, a używam. Tak macie rację, jednak to jedyna rzecz, która widzę że mi pomaga. Brałam tabletki, wcierałam różne dziwy w skórki, miałam kilka innych odżywek. Po tej paznokcie są zdecydowanie twardsze. Teraz używam diamentowej i zrobię Wam ich porównanie. Na dzień dzisiejszy bardziej odpowiada mi ta druga.

3. Niebieski lakier Lucky. Dostałam na urodziny chyba ze 12 takich mini (5ml) buteleczek, z czego większość, to nie były moje kolory i pooddawałam. Nigdy ich w żadnym sklepie nie widziałam. Co do produktu, lakier jak lakier, ani nie zachwycił, ani nie był zły.



 Pozostałe:

1. Peeling enzymatyczny Lirene. Ha! Obiecywała w poście o pielęgnacji mojej twarzy, że będę używać peelingu! Udało się ! Miesiąc i tubki nie ma. Jednak jest to taki kosmetyk, o którym nie wyrobiłam sobie zdania. Moja twarz wygląda dużo lepiej, ale w tym samym czasie zaczęłam używać na noc kremu z kwasem. Jeśli czemuś to zawdzięczam, to chyba jednak kremowi. Poza tym, chyba nie polubiłam się z produktem enzymatycznym. Przy tradycyjnym trę twarz, czuję coś,  a tu w sumie nie wiem, czy działa.

2. Płyn do soczewek Bio true. Dla tych co noszą kontakty, to chleb powszedni, jednak pokazuję, bo nie wszyscy wiedzą, że istnieją takie miniaturki. Przynajmniej wszystkie koleżanki z którymi podróżowałam, a też soczewki noszą, pytały gdzie kupiłam, bo one dźwigają wielkie butle. Ja też z oszczędności kupuję te 360ml, jednak przed wyjazdami biegnę do Super Pharm i tam znajdujemy wersję samolotową- 2 buteleczki małego płynu i pojemniczek na soczewki. Dobra opcja dla lubiących podróże.

3. O Penatenie było już przy ostatnim denku. Moja opinia się nie zmieniła. Produkt jest bardzo wydajny, wyrzucam kolejne opakowanie, bo również z okazji różnych wyjazdów, zakupiłam mniejsze pudełeczko. To miało 25ml i używałam równocześnie z tamtym, zdenkowanym w zeszłym miesiącu. Nie piszę więcej, bo już niedługo pojawi się jego recenzja i szczegółowa analiza składu:)



4. Lubię maseczki. Zwykle kupuję te pojedyncze i starczają mi na 2/3 użycia. Do Ziaji i Perfecty często wracam, natomiast Synergen kupiłam pierwszy raz...i ostatni. Czułam się, jakbym nakładała śmierdzącą, białą farbę na twarz. Naprawdę, grr, w dodatku piekło !

5. Husteczki do higieny intymnej-Cleanic i Facelle. Lubię mieć w torebce na uczelni czy w innych publicznych miejscach. Znów Facelle, miałam po raz pierwszy, no i jak w przypadku płynu, marka Rossmana staje się moim faworytem!

6. Widzicie także waciki z Cleanic, fajnie, że się nie rozwarstwiały, poza tym-płatki jak płatki.

7. Zapas mydła w płynie, Dove. Chyba każdy zna i lubi, jest wydajne, dobrze się pieni i fanie że są dostępne uzupełniacze, bo patrząc na ilość produkowanych przeze mnie plastikowych opakowań (chociażby tylko z tego posta...) Chrońmy przyrodę, po prostu!

8. Z próbek pokazuję tylko dwie rzeczy, które mi się spodobały.
Sensual- emulsja po depilacji. Nie wiem, czy można ją kupić, ta saszetka była dołączona do kremu do depilacji. Po goleniu mam zaczerwienioną skórę, zwykle jedyną rzeczą jaką mogę nałożyć jest kremem dla dzieci, np. Penatenem. O dziwo, po niej nie odczuwałam swędzenia czy pieczenia.

8. Maska do włosów L'biotica. Mam pełne opakowanie wersji do włosów przetłuszczających się... i nie robi nic! Jedynie włosy są miękkie i łatwo się rozczesują, ale to trochę mało. Ta zachęciła mnie do kupna pełnowymiarowego opakowania, mam nadzieję, że po jego zakupie będę miała takie same pozytywne odczucia.

Na głównym zdjęciu widzicie jeszcze kilka rzeczy z kolorówki. Jednak post jest już tak długi, że jutro zapraszam Was na drugą część. 



Naprawdę nie sądziłam, że uda mi się zdenkować aż tyle produktów. Fajnie!

Milka:)