Czy wy też tak macie, że największy porządek panuje u Was podczas sesji? Albo kiedy macie mnóstwo rzeczy do zrobienia? Nie wyobrażam sobie w takich chwilach większych przyjemności od sprzątania :). Ponieważ od dwóch miesięcy nie było denka, a sesja w trakcie, zapraszam na przegląd zużytych produktów na przełomie grudnia i stycznia. Uwaga! Sporo tego :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dove. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dove. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 9 lutego 2016
Denko - grudzień i styczeń
Etykiety:
Balea,
Batiste,
BingoSpa,
Bourjous,
Bumblebumble,
Catrice,
Clinique,
Dove,
Estee lauder,
Nivea,
Nuxe,
NYC,
Organique,
Pose,
projekt denko,
Sylveco,
The Body Shop,
Tołpa,
Wellness&Beauty,
Ziaja
poniedziałek, 21 grudnia 2015
DENKO | ESTEE LAUDER, ARTDECO, DOVE, SYLVECO, EOS
Nie planowałam osobnego posta z listopadowym denkiem, bo opakowań jest stosunkowo niewiele. Jednak grudniowa torba zaczęła mi się zapełniać w trybie tak ekspresowym, że zrobiłam na szybko zdjęcia listopadowych zużyć i publikuję je właśnie dziś. Zapraszam na garść minirecenzji.
Tym razem zaczniemy od kolorówki, bo mam tu kilka ciekawych zużyć.
Skończyłam maskarę Estee lauder Sumptous Infinite, która dodaje objętości rzęsom. Delikatnie je wydłuża i mocno pogrubia. Zwykle szukałam tych wydłużających tuszy, ale albo był to błąd, albo znalazłam godną swojej ceny maskarę. Tę miniaturkę dorwałam kiedyś podczas zakupów w Sephorze, na szczęście w listopadzie była również dostępna w perfumerii Douglas, w komplecie z czarną kredką, więc mam zapas :) W ogóle polecam kupowanie miniatur luksusowych tuszy, bo jest to bardziej opłacalne niż zakup pełnowymiarowego opakowania.
Drugim produktem jest baza pod cienie Artdeco, która u mnie sprawdza się wyśmienicie. Jedynie żałuję, że nie wyrównuje kolorytu powieki. Nie da się jej chyba zużyć w całości, szczególnie, że po pewnym czasie gęstnieje, staje się gumiasta i jej używanie nie jest przyjemne. Pewnie jeszcze bym jej używała, ale podobnie skorzystałam z oferty miesiąca w Douglasie i wymieniłam na lepszy model :)
Od jakiegoś czasu testuję również miniatury trzech kroków Clinique. Do zakupów dostałam też próbki innych produktów. Używam większego opakowania DDMG, ale jakoś mnie do siebie nie przekonuje. Bardziej przemawia do mnie DDML, który widzicie na zdjęciu, jako serum pod krem. Najlepiej sprawdził się jednak krem. Mimo wszystko, chyba nie skuszę się na zakup pełnowymiarowych butelek.
Ostatnia na zdjęciu jest gąbeczka do nakładania podkładu Ebelin z drogerii DM. Był to pierwszy tego typu produkt u mnie i przez nią nie polubiłam tego sposobu aplikacji. Była twarda, chłonęła sporo podkładu, ale jak już chciało mi się nią bawić, efekt był zadowalający. Ciężko było ją domyć i na zdjęciu widzicie, że jest już mocno brudna, a używałam jej stosunkowo rzadko. Na szczęście jest niedroga, więc każdy może ją wypróbować na własnej skórze.
piątek, 3 kwietnia 2015
DENKO GIGANT | # 3/2015
Kiedy mój chłopak zobaczył pełną torbę pustych kosmetyków i dowiedział się, że to wszystko skończyłam w jednym miesiącu, stwierdził, że to więcej niż jego roczny przerób, nawet, jeśli by włączyć w to pastę do zębów i butów. Hahaha :D
Zapraszam Was na przegląd zużytych kosmetyków i tak, wszystkie, które dziś zobaczycie zdenkowałam w minionym miesiącu.
Etykiety:
AA,
Balea,
Be beauty,
Benefit,
Bielenda,
Bioelixir,
Biovax,
Caudalie,
Dior,
Dove,
Isana,
Kneipp,
Luksja,
Lush,
Miss Sporty,
Nivea,
Organique,
pielęgnacja,
projekt denko,
The Body Shop
środa, 14 stycznia 2015
Ostatnie denko 2014 roku, edycja #8 / 2014, grudzień :)
Zapraszam Was na ostatnią porcję kosmetyków, zużytych przeze mnie w 2014 roku. Poszło mi nieco gorzej niż w listopadzie, ale myślę, że i tak mogę być z siebie dumna:)
sobota, 10 stycznia 2015
Ja to zawsze jestem spóźniona- denko listopada # 7 / 2014
Ja naprawdę nie mam zamiaru przestać pisać! Ba, mam tyle pomysłów na nowe posty, że hej. Tylko zwyczajnie nie ma kiedy. Moja uczelnia umie zadbać o brak czasu:) Jednak wracam, mam nadzieję, że w tym roku będzie mnie więcej, a posty będą pojawiać się częściej. Szczególnie, że mój C. w ramach Mikołajkowego prezentu, stworzył dla mnie domenę! :D Więc prawdopodobnie, już niedługo, jak tylko dopracuję szablon, zobaczycie mnie pod innym, podobnym, adresem:) Tymczasem wracam z zaległymi postami, a że wypada zacząć od porządków, zapraszam na listopadowe denko. U mnie, jak zwykle, obficie;)
Etykiety:
Alterra,
Be beauty,
Bioderma,
Bourjous,
Dermika,
Dove,
Essence,
Isana,
John Frieda,
kolorówka,
Mariella Rossi,
Miss Sporty,
Nivea,
NYX,
Organique,
Pharmaceris,
projekt denko,
Scholl,
The Body Shop,
Vipera
wtorek, 7 października 2014
Wakacyjne denko-lipiec i sierpień / #5 / 2014
Choć wiedziałam, że wrócę do blogowania, ciężko zacząć po tak długiej przerwie. Nie wiem kiedy minęły mi ostatnie miesiące. Wakacje przepracowałam, było ciężko, długo i bez chwili dla siebie. Więcej nie zdecyduję się na pracę na dwa etaty:)
Nie ma co przedłużać i się żalić, trzeba wziąć się za nadrabianie zaległości. Dziś na szybko wakacyjne denko, a niedługo potem (mam nadzieję) pojawi się cała masa recenzji.
Po ilości zużytych żeli pod prysznic można wnioskować, że w wakacje nic nie robiłam, poza myciem. Rekordowe upały lipca sprawiły, że faktycznie dwa prysznice dziennie momentami nie wystarczały.
Jak widać przeważa Isana, polubiłam je stosunkowo niedawno, dzięki melonowej wersji. Teraz testuję kolejne. Są lepsze i gorsze, ale można znaleźć naprawdę przyjemne zapachy. Nie są szczególnie gęste, ani wydajne, ale za 2,50 nie znajdziemy nic lepszego. Jeśli jeszcze ich nie próbowaliście, zachęcam. Alpen Gluck to wakacyjna edycja limitowana, która miała rewelacyjny zapach w opakowaniu, niestety w magiczny sposób, przestał mi odpowiadać podczas używania. Mleko i miód jako jedyny z powyższych ma kremową formułę, reszta jest żelowa.
Różany Yves Rocher to mój prezent urodzinowy od marki...i całe szczęście, bo byłyby to najgorzej wydane 22 złote w życiu. Poza naprawdę ładną butelką, idealną na wyjazdy, niczym nie różni się od Isany. W dodatku zapach róży bardzo mnie rozczarował. Nigdy więcej.
Prawdziwą perełką jest zaś Palmolive o zapachu różano-konwaliowym. Dwa ulubione kwiaty i to jeszcze w połączeniu. Konwalia wybija się jako główna nuta zapachowa, róża wyczuwalna jest po chwili. Problem jest to, że nigdzie nie mogę go dostać. Niby seria ta jest dostępna w każdej drogerii (wąchałam też inne zapachy i warto), ale tego już nigdzie nie widziałam. Jak znajdę, na pewno zrobię zapas.
Pozostając w kąpielowym temacie prezentuję butelkę zużytego płynu do kąpieli dla dzieci.To mój pierwszy płyn, który nie tylko wytwarza górę piany, ale jego piękny wiśniowy zapach utrzymywał się przez całą kąpiel. Warto dodać, że był bardzo wydajny, wystarczyły dwie nakrętki na wannę. Jedynym minusem jest brak dostępności w Polsce, ja kupiłam w sklepie z chemią niemiecką.
Jeśli chodzi o szampony, to w wakacje naprzemiennie używałam dwóch.
Pharmaceris, to mój faworyt, szampon powszechnie znany i lubiany w blogosferze. Ma teoretycznie wzmacniać włosy. Ciężko mi to ocenić, wysypu baby hair nie zauważyłam ale nie wymagam tego od szamponu, więc nie przeszkadza mi to. Jest bardzo wydajny, wystarczy mała ilość, aby go dobrze spienić (zasługa SLS), a włosy po jego użyciu, (nawet bez odżywki), są puszyste, lśniące i sypkie. Nie obciążał, nie wpływał na przyspieszone przetłuszczanie włosów, wręcz mogłam dłużej cieszyć się nienaganną fryzurą.
Druga butelka to Balea, wersja wiśniowa. To moje pierwsze spotkanie z tą niedostępną z Polsce marką. Kupiony również w sklepie z chemią niemiecką. Zapłaciłam za niego 7 złotych, niby niewiele, a to i tak dwa razy więcej niż płacimy za granicą. Zapach fenomenalny, działanie standardowe. Jest rzadki, przez co mało wydajny, ale robi wszystko to, co zwykły szampon. Szału nie robi, ale ze względu na zapach i cenę, przy jakiejś wizycie za granicą (najszybciej to chyba Praga na Sylwesta) prawdopodobnie się skuszę.
Mydło do rąk, także z Balea. Fenomenalny, nektarynkowy zapach, naprawdę intensywny. Działanie- jak każde inne mydło do rąk. Chętnie wypróbuję inne zapachy, cieszę się, ze są dostępne także w formie uzupełnień.
Raz na jakiś czas, szczególnie przed depilacją, peelinguję ciało. Zużyłam pięknie pachnącą, winogronową Bielendę, natomiast w opakowaniu po maśle tej samej marki, zrobiłam sobie samodzielnie peeling cukrowy. Dla leniwych polecam Bielendę - odpowiedniej wielkości kryształy, które rozpuszczają się dopiero po chwili, piękny zapach i niska cena- kupiłam go w Biedronce. Natomiast, jeśli macie więcej czasu, polecam zrobienie czegoś samemu. Taniej i przyjemniej, w dodatku do wykonania wystarczą produkty, które mamy w kuchni. Ja do swojego dodałam naturalnych olei ( m. in. kokosowy i ze słodkich migdałów ), dzięki czemu nie musiałam po kąpieli używać balsamu.
Lubię polskie marki, dlatego tym razem kupując płyn do higieny intymnej zdecydowałam się na Green Pharmacy. Na drugim miejscu mamy w skłałdzie SLS, więc nie jest to produkt naturalny ale przynajmniej mamy tam także wyciągi roślinne, alantoinę, pantenol i brak parabenów. Fajna, duża butla z pompką, szata graficzna przypomina stare opakowania z łazienki babci.
W ostatnim denku zapomniałam wspomnieć, że zużyłam puder do kąpieli o zapachu malinowym z Organique. Dla fanek moczenia się w wannie, będzie to produkt idelany, niedługo pojawi się jego recenzja. Niestety jest dość drogi.
Dlatego, kiedy zobaczyłam, że pudry dostępne są w sklepie agness, o którym pisałam tutaj, wrzuciłam do koszyka na wypróbowanie. Niestety ten nie zrobił na mnie wrażenia, w ogóle nie zrobił nic. Ten z kozim mlekiem, ponieważ był biały, nawet nie zabarwił wody, o nawilżaniu nie wspomnę. Jedyne co przypominało mi, że czegoś do wanny nasypałam to kilka pływających płatków nagietka. Jednak czasami nie warto oszczędzać.
Na balsamowanie ciała praktycznie nie miałam czasu, natomiast nie zapominałam o nawilżaniu dłoni i stóp.
Do stóp zużyłam krem marki FussWohl z 10% zawartością mocznika. Jest tani, łatwo dostępny i naprawdę działa niesamowicie, jest godny polecania.
Do rąk natomiast trzy pozycje. W końcu udało mi się skończyć kokosową Ziaję. Wiem, że zapach ten ma wielu zwolenników, sama do nich kiedyś należałam, natomiast jakiś czas temu zaczął mnie po prostu drażnić. Jest mocny, dość chemiczny i długo utrzymuje się na skórze. Nie wygodny był też dla mnie sposób aplikacji, ciężko wydobyć produkt z twardego opakowania. Sam krem zaś dość szybko się wchłania, nawilża przeciętnie, aplikację trzeba ponowić kilka razy w ciągu dnia. Ziaja ma swoje perełki, które uwielbiam, ten produkt jednak nie przypadł mi do gustu.
Tańszym, większym i lepszym kremem jest Bebeauty w wersji regenerującej. Rzadko sięgam po kosmetyki ze sklepów spożywczych, jednak czytałam o nim tyle dobrego, że się skusiłam i nie żałuję. Zasłużył na miano ulubieńca, będę do niego wracać. W przeciwieństwie do poprzednika zapach bardzo mi się spodobał. Dobrze nawilża, szybko się wchłania, myślę, że sprawdzi się także jesienią. Na plus także to, że jest produkowany przez naszą polską Tołpę.
Ostatnia pozycja to miniaturka kremu z 20 % masła Shea od L'Occitane. Za 30 ml trzeba zapłacić 30 zł, za 150 ml 95zł, więc jest to zdecydowanie najdroższy krem do rąk, jakiego używałam, ale i jeden z najlepszych. Czy jest warty swojej ceny? Uważam, że nie. Niedługo pojawi się obszerniejsza recenzja.
Latem przerzuciłam się na dezodoranty w sprayu. Wróciłam do nich po kilku latach i ... chyba na razie nie zmienię tej formy zabezpieczenia przed nieprzyjemnym zapachem. Niektórzy narzekają, że spraye słabo chronią, ja nie mam problemu z potliwością i na moje potrzeby są wystarczające. W dodatku nie trzeba czekać aż się wchłoną, tylko od razu wciągam koszulkę i jestem gotowa do wyjścia. Co za wygoda!
Jeśli chodzi o ochronę, nie widziałam różnicy w ich działaniu, natomiast używałam dwóch na przemian, ponieważ Dove ma tak intensywny zapach, że mimo iż bardzo go lubię, nie byłam w stanie regularnie używać. Nie polecam rozpylania w małej łazience bez okna. Nivea była już delikatniejsza, odświeżająca, idealna na lato.
Wiecie, że chciałam zmniejszyć ilość zużywanych żeli pod prysznic, na rzecz mydeł, stąd kostka Dove. Niestety brak czasu i wygoda sprawiły, że przegrałam tę bitwę. Kostka wciąż leży w łazience, nie będę trzymać kartonika, więc pokazuję.
Płyn micelarny od Siquens, hmm. Lubię go, podoba mi się jego szata graficzna, więc nie chce wydawać mu krzywdzącej opinii. Jest dobry, radzi sobie z makijażem, nie podrażnia oczu, choć kilka razy pod koniec butelki poczułam lekkie szczypanie. Jednak ostatnimi czasy firmy zaczęły się prześcigać w tworzeniu nowych miceli i ten po prostu stał się... przeciętnym. A jego cena, zwłaszcza bez promocji, nie zachęca. Z tych powodów, prawdopodobnie już po niego nie sięgnę.
Dlaczego tak późno zdecydowałam się na zakup korektora do lakieru? To takie wygodne! Mimo iż jest to dość drogi gadget, bo kosztuje około 15 złotych, a starcza tylko na kilka razy, to i tak warto wypróbować. Myślę, że jeszcze produktu w opakowaniu zostało, natomiast skończyły mi się końcówki. W sumie dostajemy 4, ale używając ciemnych lakierów, szybko trzeba je zmieniać. Inaczej, zamiast pomóc nam skorygować minimalne wyjechania, sprawi, że będziemy musiały malować paznokcie od nowa.
Serię lakierów Astor Lacque DeLuxe polecam wszystkim. Miałam już kilka kolorów i ze wszystkich byłam zadowolona. W koszu ląduje piękna, malinową czerwień w odcieniu Plum nectar.
Choć w wakacje praktycznie się nie malowałam, coś jednak z kolorówki udało mi się zużyć. Są to dwa tusze do rzęs.
Osławiona już curling Pump up mascara od Lovely, której wygląd na rzęsach pokazywałam tutaj. Szczerze mówiąc użyłam go zaledwie parę razy, bo miałam otwartych kilka tuszy. Na rzęsach wygląda ładnie, naturalnie, nie skleja ich (o ile ujarzmimy szczoteczkę, która dla mnie nie jest zbyt wygodna.) Niestety wysycha bardzo szybko, nawet jeśli nie jest regularnie otwierany, tylko został otwarty raz, a potem stał na półce. Jednak za 9 zł to naprawdę godny uwagi produkt.
Drugi to mój stary ulubieniec od Rimmel- Lash Accelerator. Lubiłam go za małą szczoteczkę i mocno czarny kolor. To chyba 3 zużyte opakowanie i niestety ostatnie. Był jednym z pierwszych używanych przeze mnie tuszy i skoro się sprawdził to kupowałam kolejne opakowania. Kiedy odważyłam się sięgnąć po inne, okazało się że są fajniejsze i znalazłam swoich ulubieńców w tej kategorii.
I to tyle, trzymajcie kciuki, żebym wróciła do regularnego blogowania.
Jesteście jeszcze ze mną?
Dajcie znać co u Was!
Pozdrawiam,
Milka;))
Etykiety:
Astor,
Balea,
Be beauty,
Bielenda,
Dove,
Essence,
FussWohl,
Green Pharmacy,
Isana,
L'Occitane,
Lavea,
Lovely,
Nivea,
Palmolive,
Pharmaceris,
projekt denko,
Rimmel,
Siquens,
Yves Rocher,
Ziaja
piątek, 2 maja 2014
Ogromne, kwietniowe, pielęgnacyjne Denko # 2/2014
Przełom starego i nowego miesiąca to czas na podsumowanie zużyć. Lubię projekty denko, bo uczą mnie kontroli nad moimi zbiorami, widzę ile czego zużywam, wracam do zapomnianych kosmetyków i dbam o to, by nic się nie marnowało.
Lubię je też za to, że można w nich zobaczyć kosmetyki, o których
nie mam zbyt dużo do powiedzenia- nie zachwyciły mnie na tyle, by zasługiwać
na osobną recenzję, ale i nie były wyjątkowo kiepskie.
W kwietniu przeszłam samą siebie. Gdybym nie gromadziła pustych opakowań, chyba bym nie uwierzyła, że tyle tego było.
Jeśli tak jak ja lubicie takie posty, zapraszam!
Etykiety:
Be beauty,
Bioderma,
Biosilk,
Dermedic,
Dove,
Eveline,
facelle,
FussWohl,
Garnier,
Isana,
Joanna,
L'biotica,
Lirene,
Nivea,
Palmolive,
Penaten,
pielęgnacja,
projekt denko,
Rival de Loop,
Sally hansen
Subskrybuj:
Posty (Atom)












