czwartek, 7 lipca 2016

Moje zużycia 6 tygodni.



Magisterka oddana, czekam w stresie na obronę. Przyszedł czas na wyrzucenie śmieci, co na blogu oznacza denko. Produktów jednak jest tyle, że podzieliłam je na pół. Dzisiaj przychodzę z pierwszą częścią, czyli od ostatniego denka - od połowy kwietnia do końca maja, następne będzie z ostatnich dni maja i czerwca.
Dziś postaram się tak krótko, jak tylko się da, by te denka nie męczyły zarówno mnie, jak i odbiorców.


Standardowo zacznę od produktów kąpielowych. 
Kąpiel solankową z Apteczki Babuni możecie znać z poprzedniego wpisu, gdzie wypowiadałam się o niej w samych superlatywach, głównie ze względu na zapach.
Dwa żele Palmolive służyły mi głównie do uzupełniania mydła do mycia rąk. Oba były tanie i ciekawie pachniały, mleko i miód uwielbiam zimą, teraz nieco mnie męczy, natomiast ten mniejszy jest genialny!
Widzicie też moją ulubioną wersję żelu Le petit Marseiliais, nie jest on bardzo gęsty, dlatego duża butla wystarczyła mi na około 3 tygodnie. Każdy z powyższych jest godny uwagi, spełnia swoje zadanie.



Kolejne żele pod prysznic, tym razem w mniejszych opakowaniach. Te z Yves Rocher bardzo lubię i często wracam, wersję z granatem miałam po raz pierwszy. Wellness&Beauty to jedna z bardziej udanych marek własnych Rossmanna i nie trafiłam jeszcze na żadne bubel.
Przez przypadek w moich zakupach wylądowała pianka do golenia Isana zamiast żelu i byłam w szoku, że jest naprawdę wydajna. Niestety  w mojej zepsuł się atomizer i bardzo się z nią męczyłam, nie mniej- miłe zaskoczenie w niskiej cenie. Przyjemnie pachnie, co umila proces golenia. 


Do włosów zużyłam saszetkę- aktywator wzrostu Babuszki Agafii. Mimo wielu dobrych opinii u mnie się nie sprawdziła, jak zresztą większość szamponów o perłowym zabarwieniu. Po prostu włosy były oklapnięte i wymagały częstszego mycia. 
Po długim czasie zdecydowałam się na zakup szamponu w drogerii, zresztą po tym, jak zachwyciła mnie próbka. Nivea Diamond Volume to jeden z lepszych tanich szamponów, których miałam przyjemność używać. Następnym razem jednak skuszę się na mniejsze opakowanie, bo pod koniec włosy wyraźnie przyzwyczaiły się do stosowania i nie były już tak puszyste. Taka moja uroda, włosy się szybko przyzwyczajają do szamponów.
Johnsons służył mi jedynie do mycia pędzli, był jednak bardzo rzadki i niewydajny. Pędzle jednak domywał skutecznie.
Odżywkę Garnier Fructis kupiłam kiedyś w jakiejś super promocji w Biedronce. Na podsumowanie mam jednie: "ok". Niby nawilżała, wystarczyło ją zostawić tylko na chwilę, by widać było efekt, a to zdecydowanie na plus. Znam jednak wiele lepszych kosmetyków, więc już do niej nie wrócę. 


Jakiś czas temu piałam z zachwytu nad Batiste do włosów ciemnych, ale stwierdziłam, że moje włosy bardzo ciemne nie są, więc wypróbuję wersję medium. Mam wrażenie że to połączenie zwykłego białego proszku z tym do włosów ciemnych, bo raz włosy wyglądały idealnie bez żadnego nalotu, innym razem nie mogłam wyczesać białego proszku. Z podkulonym ogonem wróciłam do Batiste dark. 
O peelingu z Sylveco równiez znajdziecie notkę na blogu. Nie polubiłam tłustej warstwy jaką po sobie zostawia, więc niestety ląduje w koszu. 
Filtr z Ziaji służył mi w zeszłe wakacje, odkopałam go, ale stwierdziłam, że jego czas się skończył. Służył dobrze i jak na tak wysoki filtr jest bardzo tani.
Olejek z róży dostałam w prezencie i wcierałam w skórki. Świetnie pachniał!
Krem do rąk Verona dorzuciłam kiedyś do zakupów i byłam w szoku, że krem za 4 zł nie zawiera parafiny, dobrze nawilża i do tego pięknie pachnie. Jak go gdzieś zobaczycie kupujcie śmiało, ale jest raczej trudno dostępny.
Alantan i Bioderma to powrót do starych ulubieńców. Krem nadaje się zarówno pod makijaż jak i na noc i jest bardzo tani, a Bioderma to klasyk. Nic tak szybko, skutecznie i zarazem delikatnie nie usuwa mojego makijażu oczu.


Sól do kąpieli Ahava dostałam w prezencie, wystarczyła na dwa użycia (wg. producenta na 1) i kosztuje 25 zł. Serio? Niby naturalna i fajna, ale zdecydowanie nie będzie powrotu.
Co innego mam do powiedzenia o bibułkach matujących, które służyły mi bardzo długo. Są tanie, dostępne w Super-Pharm i działają, nie psując naszego makijażu. Must have na lato.
Krem z masłem kakaowym był chyba jakimś nietrafionym egzemplarzem, bo nie dało się go rozetrzeć (chyba że to przez parafinę?), w każdym razie już o tym pisałam na blogu, więc nie będę się powtarzać.
Chusteczka brązująca to fajny produkt dla tych, którzy samoopalacza używają kilka razy w roku. Udało mi się nie porobić plam, a maska do włosów Isana była w cenie na do widzenia, więc już jej nie dostaniecie. W sumie szkoda, bo była niezła.



Krem do rąk Vichy miał niesamowicie przyjemny zapach, aż zużyłam do samiutkiego końca rozcinając opakowanie. Dobrze nawilżał, szybko się wchłaniał. Minusem może być dość wysoka cena.
Nawilżający krem pod oczy Tołpy był tak dobrze nawilżający, że kolejny krem pod oczy również kupiłam tej marki. Cudo!


Na zdjęciu głównym mogliście zobaczyć, że do kosza poszło również sporo kolorówki. Na poczatek dwie rzeczy, które niestety mnie zawiodły. 
Liner w pisaku miał cudowny odcień czerni, pięknie malował, w dodatku był prezentem od koleżanki z jej rodzinnych stron -z Białorusi. Co z tego, skoro po trzech otwarciach nie nadaje się do użytku? Wysechł na wiór. Pierwszy raz coś takiego mi się zdarzyło, a miałam już wiele tego typu produktów. 
Baza pod cienie Joko trafiła do mnie przez pudełka do subskrypcji, w czasach kiedy byłam naiwna i miałam nadzieję, że dają nam świeże kosmetyki, więc trafiały do zapasów. Kiedy przyszedł jej czas była już gęsta i ciężko się jej używało. Data ważności potwierdziła, że musimy się rozstać.


Niebieski tusz do rzęs Lovely kupiłam, by sprawdzić czy będą mi się podobać kolorowe tusze. Kolor ładny, nie powiem, ale to nie dla mnie. Na plus, że kosztuje kilka złotych i jeśli nie jesteście pewne, czy Wam się przyda, a chciałybyście spróbować, to dobra opcja. Mogę też wysłać komuś mój egzemplarz:)
O tuszu Mac pojawi się osobny wpis. To pierwszy produkt tej marki, który nieco mnie zawiódł, bo miał swoje humory. Raz miałam rzęsy do nieba i zbierałam komplementy, innym razem zupełnie nie umiałam się nim pomalować. Za takie pieniądze szkoda.
VML So couture so black również nie przypadł mi do gustu. Podstawowa wersja była świetna, więc albo coś producent nakombinował, albo nie sięgajcie po bardziej czarną siostrę. Tusz ma fajną szczoteczkę, jednak oczekiwałam efektu wow, tu go zabrakło.


Ostatnie produkty to masełko Nivea, które używałam każdego wieczora przed snem i dbało o moje usta. Dwa opakowania zużyte pod rząd (wolę wersję Vanilia i Macadamia) mówią same za siebie. Teraz odpoczywam od niego, bo moje usta, podobnie jak włosy szybko się przyzywyczajają do kosmetyków.
Bezbarwny podkład rozświetlający Avon ląduje w koszu, bo nie znalazłam jego zastosowania. Solo, bez krycia to nie dla mnie. Dodany do podkładu tracił swoje właściwości odbijające światło, jedynie nieco rozcieńczał silnie kryjące, toporne podkłady. Jako baza nie przedłużał trwałości makijażu. Myślałam, że to coś w stylu Mac strobe, ale niestety nie.
L'oreal do brwi i korektor pod oczy Mac to moi najwięksi makijażowi ulubieńcy. To chyba trzecia zużyta buteleczka korektora i nadal go uwielbiam, choć w drogeriach pojawiają się coraz lepsi rywale. Natomiast żel do brwi to najlepszy produkt do tego celu jaki stosowałam. Na co dzień nie trzeba mi żadnych pomad, może dlatego że z natury mam ciemne włoski.

Znacie zużyte przeze mnie produkty? Jakie macie o nich zdanie?
Trzymajcie kcuki za moją obronę i do napisania!
KAMILA:)