wtorek, 25 sierpnia 2015

Inspirde by Kasia Tusk już u mnie :)


Kilka miesięcy temu pisałam o mojej przygodzie z trzymiesięczną subskrypcją Shinybox. Miałam szczęście, bo trafiłam na pudełka z fajną zawartością. Na razie nie kontynuuję zakupu, bo mam wystarczającą (czytaj zbyt dużą;) ilość kosmetyków.
Jednak chętnych na taki sposób testowania chyba nie brakuje, bo ekipa Shiny stworzyła nową linię pudełek: Inspired by, gdzie do ich współtworzenia zaprosiła znane osoby. Bardzo podoba mi się, że poza kosmetykami w pudełkach znajdziemy także: coś do czytania, biżuterię czy sportowe gadgety, więc więcej odbiorców znajdzie coś dla siebie. Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że pudełka kosztują dużo więcej niż te już dostępne na rynku. To od Kasi Tusk, które wydawało mi się najciekawsze kosztowało aż 169zł plus koszt przesyłki. Dla mnie to zbyt dużo, więc ostatecznie się nie skusiłam.
Minęły jakieś dwa miesiące od czasu, kiedy pierwsze pudełka trafiły do odbiorców i kilka dni temu ogłoszono wyprzedaż pierwszej edycji. Znając już całą zawartość kliknęłam od razu dwa. I tak po kilku dniach mam już je w domu. 

Design pudełka Kasi jest bardzo minimalistyczny, z ładną, schludną czcionką, w środku wszystko pięknie zapakowane, czyli tak, jak lubię najbardziej. 

Zapraszam Was na prezentację tego, co znalazłam w środku:


Produktem pokazanym jeszcze przed premierą, mającym nas skusić na zakup, jest 30 ml woda toaletowa Daisy Dream by Marc Jacobs. Zapach jest świeży, delikatny, bardzo dziewczęcy, ale dość pospolity. Gdy go powąchacie, możecie mieć wrażenie, że go znacie. Przepiękny jest także sam flakonik, musicie mi wierzyć, zdjęcia nie oddają jego uroku.


A poza tym? W sumie 6 pełnowymiarowych produktów i książka. Lekka lektura przyda mi się do czytania w komunikacji miejskiej, gdy tylko zacznę podróże na uczelnie. Carmexu nie lubię i zastanawiam się, czy spróbować się przekonać, czy komuś sprezentować, szczególnie że drugim produktem do ust jest masełko Astor, które nie tylko nadaje ustom delikatnego koloru, ale także je pielęgnuje. Wargi faktycznie są wygładzone i miękkie, natomiast kolor jest dość nietrafiony, ze względu na widoczny w nim brokat. Podstawa makijażu, czyli tusz do rzęs, zawsze się przyda, podobnie jak produkt na końcówki włosów (cieszę się, że przypadł mi w udziale maroccanoil, a nie pianka). Chciałoby się rzec last, but not least: organiczny peeling Love me green. Od dawna miałam ochotę na tę markę, więc niesamowicie się cieszę.


Na subskrypcje się nie zdecyduję z powodu ceny, ale na promocje po prezentacji zawartości na pewno będę polować. Domyślacie się może na jaki box innego autora się zdecydowałam?

Pozdrawiam,
Milka;)