wtorek, 31 marca 2015

O KOCIE W WORKU, CZYLI O PUDEŁKACH DO SUBSKRYPCJI

Dziś chcę Wam opowiedzieć o mojej przygodzie z trzymiesięczną subskrypcją pudełek ShinyBox. Miałam zamiar nie pokazywać Wam tych kosmetyków w osobnym poście, jednak gdy w rozmowach z moimi koleżankami wychodziło, że dany produkt mam z ShinyBoxa, większość patrzyła na mnie z rozdziawionymi ustami. Z racji, że wiele z nich czytuje moje blogowe wypociny, zdecydowałam się ten temat poruszyć. 
Na rynku mamy dwie najbardziej znane firmy oferujące sprzedaż w takiej formie. To BeGlossy oraz ta, na którą zdecydowałam się ja, czyli ShinyBox. 


Zacznijmy od wyjaśnienia tytułu. Decydując się na zakup pudełek, w większości przypadków nie wiemy, co znajdziemy w paczce. Zamówić można na kilka sposobów: jednorazowo (wówczas cena jest wyższa), w subskrypcji (którą w każdej chwili można przerwać) oraz w pakietach na dany okres czasu (3,6 lub 12 miesięcy). Ta forma zakupu kosmetyków jakoś nigdy szczególnie mnie nie kusiła. Przez chwilę śledziłam fascynację dziewczyn zawartością, oglądając tzw. open boxy, jednak uważałam, to trochę za stratę pieniędzy. Za pudełko płacimy około 50 zł, czyli kwotę, za którą można już kupić dobrej jakości kosmetyk, a tu kupujemy kota w worku, więc nie rozumiałam tego fenomenu. Jedno dobre, że wartość paczki to zawsze więcej (czasem nawet 3-4-krotnie) niż musimy zapłacić, a kosmetyków jest kilka, czyli większe prawdopodobieństwo, że chociaż jeden nam podpasuje.
Dlaczego więc zmieniłam zdanie i się zdecydowałam?
Powód jest prosty. Zobaczyłam zawartość listopadowego Shiny i oniemiałam. Uwielbiam markę Organique, a w pudełku umieszczono pełnowymiarowy peeling marki, na który raczej nigdy bym się nie zdecydowała, ponieważ kosztuje prawie 70 zł. A więc jego cena już przekroczyła cenę pudełka, a oprócz niego było też kilka innych fajnych produktów. Na szczęście pudełko po ujawnieniu zawartości było jeszcze dostępne. Cena jednego pudełka to 59 zł, a trzech- 139 zł. Stwierdziłam, że pakiet jest najbardziej opłacalny, kliknęłam i potem już tylko niecierpliwie czekałam.
Teraz zapraszam na prezentację pudełek, a na końcu znajdziecie ogólne podsumowanie. 



Powyżej widzicie całą zawartość listopadowego pudełka. Oprócz genialnego peelingu, znalazłam saszetkę z balsamem do włosów Babuszki Agafii. To rosyjska marka zasługująca na uwagę, szczególnie że produkty są tanie i mają dobre składy. Baza pod cienie Joko w eleganckim opakowaniu, wciąż czeka na swoją kolej. 
W idealnym momencie otrzymałam też peeling do ust nieznanej mi marki Mariza. Robiłam akurat listę produktów do kupienia w Lush'u, a tam odpowiednik kosztuje kilkakrotnie więcej. Ten świetnie pachnie i spełnia swoje zadanie. Kolejną rzeczą jest zestaw cieni do powiek w kulkach, w ładnych, neutralnych kolorach. Co prawda, są średniej jakości i używam ich rzadko, jednak fajnie, że w pudełkach można znaleźć również kosmetyki kolorowe. 
Ostatnia produkt, to coś co przyda się każdej kobiecie, czyli zmywacz do paznokci w wygodnej formie chusteczek. Zabieram je ze sobą na wyjazdy, niestety zostawiają natłuszczone dłonie i należy umyć ręce, chyba że chce się ubrudzić wszystko wokół. 
Pudełko oceniam na szóstkę!


Edycja grudnia było również niesamowicie udana. Faworytem okazał się krem marki Pose, którą poznałam na początku grudnia. Pojawiła się ona w moim ulubionym sklepie z naturalnymi kosmetykami. Niestety ponad 100 zł za krem skutecznie odstrasza, więc cieszę się, że mogę go wypróbować dzięki Shiny. Szkoda tylko, że trafiłam na krem pod oczy, których używam nieregularnie. 
Ucieszył mnie też płyn do demakijażu Lierac. Jest fajny, bo jego gabaryty pozwalają zabrać ze sobą nawet do samolotu. Jeśli macie ochotę te maluszki dostępne są w Hebe za 16 zł. Mnie ta cena również by odstraszyła, więc cieszę się, że będę mogła sprawdzić, czy jest jej wart.
Mydło Organique to coś, z czego się cieszę i nie cieszę jednocześnie. Dzięki podpowiedziom na funpagu, wiedziałam, że znów będzie coś tej firmy, więc czekałam niecierpliwie. Mydełko trochę ostudziło zapał, mimo, że zapach wynagradza wszystko. 
Mniej udanymi produktami jest zestaw dwóch sypkich cieni i brokatu. Czarny i złoty to nie moje kolory, brokat tym bardziej, choć rozumiem, że ktoś z racji karnawału mógł się ucieszyć. Brokat pewnie wymieszam w wakacje z jakimś olejkiem i zużyję wcierając w skórę. 
Rozumiem również umieszczenie w pudełku nowości  marki Vaseline, chociaż mnie te kosmetyki nie rajcują. 
Umieszczenie w pudełku pasty do zębów, spotkało się z olbrzymią krytyką, jednak uważam, że jako dodatek, całkiem ok. Przynajmniej przyda się każdemu.
Pudełko oceniam na mocną piątkę!


Ostatnie pudełko wygląda na najskromniejsze, ale mnie zadowala.
Sylveco to genialna, polska marka kosmetyków o dobrych składach i dopracowanych opakowaniach. Peelingi to stosunkowa nowość, którą bardzo chciałam wypróbować i kupiłam sobie wersję wygładzającą do suchej skóry. Jak zobaczyłam w pudełku ten oczyszczający, ucieszyłam się niesamowicie, bo będę mogła je porównać. Balsam do włosów to kolejna rzecz, którą była na mojej liście zakupów, wiele osób go poleca.
Serum z pipetką leży i czeka na swoją kolej, więc nie mogę się wypowiedzieć co do jego działania.
W pudełku umieszczono również pięknie pachnący balsam do ust, nieznanej mi marki Vedara, który niesamowicie przypadł mi do gustu. Zmiękcza usta i nadaje im połysk.
Ostatni produkt to znów kosmetyk kolorowy, tym razem rozświetlacz w perełkach. Efekt jest bardzo delikatny i dość krótkotrwały, jednak tak jak pisałam wyżej, cieszę się, że w pudełkach mamy także kolorówkę. 
Pudełko oceniam na czwórkę plus!

Z tą recenzją zwlekałam długo, ponieważ chciałam zobaczyć zawartość kolejnych pudełek. Zarówno lutowe, jak i marcowe, było godne uwagi i fajnie byłoby je mieć (szczególnie że w marcu były aż dwa kosmetyki naturalne- olej awokado i biała glinka!), jednak nie kupiłam kolejnego pakietu. 
Nie z powodu niezadowolenia, po prostu część kosmetyków z tych trzech miesięcy jest jeszcze nietknięta, a nie chcę gromadzić i robić zapasów.
Sądzę jednak, że chętnie wrócę do Shinybox'a, jak zużyję większość tego, co mam. Poczekam na taką zawartość, która będzie odpowiadała mi w 100% i wówczas złożę zamówienie.


Pudełka są tworzone z należytą dbałością o szczegóły, ich wygląd zewnętrzny bardzo mi się podoba. Zawsze jest inny i nawiązuje do tematyki miesiąca. Fajne jest też samo czekanie, czytanie podpowiedzi i snucie domysłów oraz ta cała otoczka otwierania paczuszki. 


Zakup kosmetyków w takiej formie, to fajna opcja dla dziewczyn, które lubią poznawać i testować nowe kosmetyki. Często znajdujemy w nich produkty ciężko dostępnych marki albo zupełne nowości rynkowe. Na plus również to, że pudełko kosztuje mniej niż cena kosmetyków kupionych oddzielnie.

Jeśli jednak wolicie sprawdzone produkty, w waszej łazience panuje minimalizm lub łatwo dostajecie alergii, to nie ma co sięgać po takie rozwiązanie, bo nikt nie chce wyrzucać pieniędzy w błoto. 
Ze swojej strony z czystym sumieniem polecam Shinybox'a, trafiłam akurat na trzy bardzo fajne pudełka, ale czy to wybór dla Was - musicie zdecydować same.

Tym z Was, które kota w worku kupować nie zamierzają, mogę jedynie polecić wydawany od grudnia, co dwa miesiące JOYBOX. To pudełko, na które decydujecie się jednorazowo i z góry wiecie, co w nim znajdziecie. Kilka kosmetyków, to zawartość ustalona odgórnie, resztę wybieracie same, z długiej listy dostępnych. Bardzo fajne jest to, ze znajdziecie tam (co prawda miniaturki) marek selektywnych np. Armani.



Jeszcze po raz ostatni pozwolę sobie przypomnieć, że dzisiaj do północy możecie jeszcze się zgłaszać i zgarnąć zestaw kosmetyków:


MILKA:)