sobota, 31 stycznia 2015

ULUBIEŃCY STYCZNIA | # 1 / 2015


Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że minął mi zakupowy szał. Nie kuszą mnie promocje, coraz rozważniej dobieram pielęgnację i praktycznie nie dokupuję kolorówki. Wiem, co lubi moja cera i staram się jej słuchać. Często na pełne recenzje nie ma czasu (choć przyznajcie, że ostatnio wzięłam się za siebie i nadrabiam!), dlatego też, chciałabym częściej przychodzić do Was z postami o ulubieńcach. Ostatni raz mogliście przeczytać o nich w maju. Teraz zapraszam na przegląd kosmetyków, które zachwyciły mnie w minionym miesiącu. 



1. Mixa, płyn micelarny Optymalna Tolerancja.

Pewnie wiecie, że należę do fanek płynów micelarnych. To, że na wrażliwe oczy narzekać nie muszę, to też. Jednak coś w tej kwestii zmieniło się, jak zaczęłam używać odżywki na porost rzęs. Zbiegło to się w czasie, z tym, jak w listopadzie skończyłam butelkę Biodermy. Kupiłam inny micel, szczypanie, pożyczyłam od mamy- to samo. Dziwne, jednak wciąż nie skojarzyłam tego z odżywką. Napiszę Wam o niej szerzej w innym poście. Tym sposobem musiałam kupić coś nowego do wrażliwych oczu. To mój pierwszy kosmetyk Mixy (choć należy do koncernu L'Oreala, a ich micela też lubię) i jestem zachwycona! Producent poleca go bardzo wrażliwej i reaktywnej skórze. I słusznie! Zero podrażnienia, łez i szczypania. W dodatku z makijażem radzi sobie tak dobrze, jak Bioderma. Bez pocierania. Przytrzymuję wacik, płyn go rozpuszcza, pstryk i już. Jestem zachwycona!

2. Nuxe, krem do rąk, Reve de Miel.

Kosmetyki Nuxe to moje odkrycie 2014 roku. Gdyby nie ceny, chętnie spróbowałabym wszystkiego. Ta jednak odstrasza. Z tego powodu pewnie nie sięgnęłabym po krem do rąk, który łatwo zastąpić tańszym odpowiednikiem. Jednak upolowałam go na promocji 2 w cenie 1 i od tego samego dnia jest mieszkańcem mojej torebki. Jego słodki zapach jest bardzo przyjemny, w składzie niemal 90% składników pochodzenia naturalnego, działanie rewelacyjnie. Wchłania się błyskawicznie, nie pozostawia tłustej warstwy, więc od razu mogę wrócić do uprzednio wykonywanej czynności. No czego chcieć więcej od kremu do rąk?


3. Mrs. Potter's, balsam do włosów, zwiększający ich objętość.


Na tym blogu nie było jeszcze recenzji odżywki do włosów. Chyba jedną, góra dwie widzieliście w denku i to z podpisem: nie używam, nie działała, wzmagała przetłuszczanie, używałam zamiast żelu do golenia. Otóż moi państwo, przedstawiam pierwszą odżywkę, którą pokochały moje włosy. Są po niej piękne, błyszczące, sypkie, miękkie i odbite od nasady, co rzeczywiście sprawia wrażenie, jakby było ich więcej. Używam jej przy każdym myciu włosów i nie sprawia, że szybciej są tłuste. Bez odżywki też próbowałam, więc wiem, że to nie sprawka szamponu. No idealna. Problem może być z dostępnością, bo nie widziałam jej w żadnej drogerii sieciowej. Moje 500 ml ! pochodzi z Almy i kosztowało (w tym "drogim, ekskluzywnym markecie") 9,99 ! Biegnijcie więc do Almy, nawet gdyby miała to być jedyna kupiona tam rzecz:)


4. Lush, świeża maska do cery suchej, Oatifix.


Jej wygląd na twarzy (głównymi składnikami jest owies i banany:) oraz cena i dostępność nie zachęca do zakupów. Ale to prawdopodobnie jeden z niewielu dostępnych na rynku kosmetycznym produktów, który spełnia obietnice producenta. Po jej użyciu twarz nie woła o nałożenie dodatkowego nawilżacza, jest mięciutka i widocznie wygładzona. Ma łagodzić podrażnienia i faktycznie, ukoiła skórę po uprzednim zastosowaniu maseczki glinkowej. No nie mogę jej rozliczyć z działania antybakteryjnego i przeciwzapalnego, bo ciężko mi to ocenić, jednak oceną całościową zasługuje na najwyższe noty. Jasne, jest to produkt bez którego można się obyć, ale przy okazji warto sobie przywieźć taką śwież(tn)ą maskę z podróży.


5. Lush, pasta do mycia twarzy, Let the good times roll. 


Produktu myjącego w takiej formie to ja nigdy nie miałam. Masa przypomina konsystencją zbyt suche ciasto, a w dodatku jak pachnie surowymi piernikami. Kupując, miałam zamiar używać jej do codziennego mycia buzi. Jednak okazało się, że to bardziej peeling, więc używam co kilka dni. Nie powoduje podrażnienia, czy pieczenia, ale działanie peelingujące jest widoczne. Skóra jest oczyszczona i odświeżona. Mam wrażenie, że cera jest rozświetlona, tzn. nabiera zdrowego kolorytu. Fajna alternatywa dla standardowych produktów myjących do twarzy. Dla mnie - spełniona zachcianka, a że jestem zadowolona, bo działa świetnie, to trafiła do ulubieńców. Jak do tego wszystkiego dodamy otoczkę: klimat sklepu i to, że produkty są wytwarzane ręcznie, to wszystkie moje próżne kosmetyczne myśli są zaspokojone. 


Na koniec trzy rzeczy z kolorówki. Dwie to nowości z Mac, zakupione w Pradze i pomadka w kredce, o wykończeniu błyszczykowym z Manhattan'u, którą mogliście zobaczyć w pierwszym poście zakupowym, w marcu zeszłego roku.

1. MAC, korektor, Pro longwear concealer (NW15)


Klasyka gatunku. Krycie średnie do pełnego, długotrwały nawet bez przypudrowania. Napiszę o nim w osobnym poście. W ogóle chciałabym więcej pisać o kosmetykach kolorowych, niestety póki co nie pozwala mi na to aura za oknem i brak dobrego sprzętu fotograficznego. Mam nadzieję, że niedługo to się zmieni. 
Korektor minusy ma dwa: cena ( w Polsce 77 zł, ja swój kupiłam jeszcze trochę drożej w Czechach) oraz to, że stojąc na wierzchu oksyduje. Nie dość że mój poprzedni odcień kupowałam w wakacje, to od tamtego czasu jego odcień jeszcze się przyciemnił i byłam zmuszona kupić jaśniejszy (NW 15). Poza tym- idealny. 

2. MAC, róż do policzków, Mineralize Blush w odcieniu DAINTY


Moja kolekcja róży jest duża. Dużo za duża. Na początku eksperymentowałam i szukałam swoich odcieni. Kilka z nich jest naprawdę udanych, ale dopiero kupienie różu z Mac sprawiło, że w tym miesiącu nie sięgnęłam po żaden inny. Codziennie ten sam odcień, codziennie tak samo mi się podoba odcień, pasuje do wszystkiego. Jest delikatny, sądzę że na tyle uniwersalny, że będzie pasował każdemu. Łatwo się go nakłada, nie da się zrobić nim krzywdy. Do ulubieńców trafia głównie dlatego, że to pierwszy róż, który trzyma się na mojej twarzy do momentu demakijażu. A ja należę do tych, co buzi dotykają non stop. Podpierają się, rozmawiają przez telefon i nie wiadomo co jeszcze. Jedno jest pewne: to nie będzie mój pierwszy i ostatni róż tej marki :)

3. Manhattan, glossy lip balm w odcieniu 20B Blackberry


Fajny produkt za grosze. Nie pamiętam ceny, ale oscylowała w granicach 5 zł. Kredka jest niesamowicie miękka, kremowa, gładko sunie po ustach, a żeby jej użyć nie potrzebujemy lusterka. Delikatnie podbija kolor ust, jednak jak nałożymy kilka warstw to uzyskamy piękny odcień wiśni. W dodatku nie tylko nie wysusza ust, a dba o ich nawilżenie! W tym miesiącu najczęściej lądowała na moich ustach.

A jacy są wasi ulubieńcy stycznia? Dajcie znać w komentarzach. Powiedzcie też, czy znacie powyższe kosmetyki? 

Do usłyszenia za kilka dni!
Milka:)