piątek, 6 lutego 2015

O odpoczywaniu, szczęściu, harcerstwie i moim związku słów kilka.


Dziś post totalnie inny, zupełnie niekosmetyczny, bardzo prywatny. Post o jednym dniu z mojego życia, o cieszeniu się małymi rzeczami i o tym, co napisałam już w tytule. Jeśli jesteś zainteresowany, czytaj dalej:)

Jestem psychicznie wykończona sesją. I to nawet nie ilością nauki, a samym ciągłym myśleniem o niej. Każdy potrzebuje czasem takiego totalnego resetu, a u mnie jego potrzeba zbiegła się z trzecią rocznicą mojego związku ( a może to ona była przyczyną potrzeby? :). W każdym razie w  miniony poniedziałek, po kolejnym egzaminie powiedziałam sobie, że aby nie zwariować potrzebuję przerwy i wtorek będzie dniem wolnym od nauki. 

I pewnie w tym momencie macie w głowie poranne zakupy, wieczór w nowej sukience i nienagannym makijażu. Obowiązkowy spacer i wizyta w najbardziej eleganckiej restauracji w mieście. Nie mam nic do takiego świętowania, ba nawet trochę zazdroszczę, jeśli tak wyglądała Wasza rocznica, natomiast ciężko jest być dziewczyną harcerza. Szczególnie, kiedy w taki dzień jest on na zimowisku w niezbyt urokliwym mieście, a przynajmniej nie takim godnym świętowania. 

Oczywiście niezapowiedziana postanowiłam przypomnieć sobie swoje harcerskie czasy, niestety zbyt krótkie i odpocząć w alternatywny sposób.

Dzień spędziłam aktywnie, spacerując i zwiedzając, obiad jedząc w jednym z najobrzydliwszych miejsc, w jakim dane było mi jeść (bo tylko na takie stać 10 letnich harcerzy:), aby na końcu wylądować w szkole, w jeszcze mniejszej wiosce i przez chwilę wieść proste życie, dalekie od sesyjnych zmartwień. Dzień zakończyłam kolacją: kanapką z niezdrowym pasztetem z 70% zawartością mięsa oddzielonego mechanicznie. Popiłam herbatą kiepskiej jakości, którą trzeba słodzić dla zabicia jej smaku.

Do domu wróciłam koszmarnie zmęczona i niesamowicie szczęśliwa. Przypomniałam sobie, że dla mnie najlepsze odpoczywanie, to takie:
  • po którym marzę tylko, by w końcu położyć się do łóżka, a najlepiej na twardą karimatę w zimnej szkole;
  • które odbywa się na świeżym powietrzu, niezależnie od warunków pogodowych;
  • które praktycznie nie wymaga nakładów finansowych,  a dobrego nastawienia, chęci i zapału.

Dla mnie reset, to odpoczywanie z dala od tłumów, ale generalnie nie ważne gdzie, ważne, że z Ukochaną Osobą.

I mimo, że chyba dla nikogo tak nie wygląda wymarzona rocznica, dzięki mojemu nastawieniu, to był to jeden z piękniejszych dni roku. Ponieważ umiem cieszyć się małymi rzeczami nasz rocznicowy obiad w barze rodem z lat 70 był chwilą totalnego szczęścia.  

Harcerstwo (a dla mnie w tym momencie jedynie wyjazd z dala od cywilizacji) to coś niesamowitego. To jedyna opcja, by czas zwolnił. Gdzie w ciągu 24 godzin można zrobić niewiarygodną ilość rzeczy, bo czasoprzestrzeń się zagina; a ludzie są niesamowicie pozytywni. 

Wracając do pierwszego zdjęcia... Być może dla Was związek z niemal trzydziestoletnim* mężczyzną wciąż latającym w zielonych portkach po lesie jest mało romantyczny. Dla mnie jednak najlepszy na świecie. Wiem, że nie mogę wyobrazić sobie lepszej przyszłości, niż z mężczyzną o harcerskich ideałach, z którym będziemy aktywnie odpoczywać, którego zasób zabaw dla dzieci jest większy niż we wszystkich poradnikach razem wziętych.

W moim idealnym świecie jest ogród ze zrobionym przez niego drewnianym turem.

To miejsce nie przestaje być blogiem kosmetycznym. Niesamowicie boję się przyjęcia tego postu. Chcę pokazać, że kosmetyki stanowią niewielką część mojego życia, a powiększająca toaletka nie stanowi dla mnie źródła szczęścia. Życzę Wam, abyście umieli cieszyć się z małych rzeczy i byście znaleźli miłość swojego życia ! A jeśli macie dzieci, zaprowadźcie je na zbiórkę, zaświadczam, że przeżyją piękne chwile!

Buziaki,
Milka;)

* Istnieje spore prawdopodobieństwo, że On to przeczyta. Znając męskie przeczulenie zdradzę, ze trzydzieste urodziny obchodzić będzie dopiero w kolejnym roku:)